To byłby wstyd, gdyby gość w moim kraju spał sam

Melanż Zambia

Ilekroć słuchamy wspomnień podróżnika, który spędził przynajmniej kilka miesięcy w Afryce, tyle razy przewinie się to samo spostrzeżenie – Afryka męczy. Zazwyczaj również, kiedy Europejczyk podejmuje się wyprawy do Czarnej Afryki – jego droga przebiega przez Tanzanię. Przypadek? To jeden z bezpieczniejszych, tańszych i łatwiej dostępnych krajów na kontynencie.

Nie posiadam się z radości, gdy po całym tygodniu oczekiwania w nudnej jak psia dupa miejscowości Mbeya na świstek papieru, poświadczający przeprowadzenie na mnie w miejscowym szpitalu zabiegu wsadzenia patyka w nos, celem wytropienia weń jedynie słusznego wirusa, nareszcie dostaję na maila upragniony certyfikat. Chyba się uda! Jeszcze dziś pojadę na granicę nowego kraju. Choć już zdążyła ulecieć ze mnie wszelka nadzieja, jakoby owa operacja miała jakiekolwiek szanse powodzenia, to drugiego dnia marca zza stalowych chmur przebija się do mojego życia promyk nadziei. Dosłownie i w przenośni – słońce również wychodzi po raz pierwszy od tygodnia.

Pomimo że ostatnie dni spędziłem niezbyt aktywnie, nie licząc jednego wypadu z Polakami o dziwo poznanymi w hostelu – Olą i Filipem (polskiego języka nie słyszałem od 1,5 miesiąca i nieprędko przyjdzie mi go ponownie usłyszeć), to czuję się zmęczony. „Zmęczony Afryką” – powiedziałbym zapewne, gdyby ktoś mnie zapytał. Fakt, faktem – po Zambii nie spodziewam się zbyt wiele. Największą radość sprawia mi perspektywa po prostu opuszczenia zasranej Mbeyi, gdzie znam już każdy kąt, mimo że do szczęścia nie potrzebowałem znać ani jednego. Do tego może będzie nowa wiza w paszporcie, posłucham nowego języka… Czyli spoko, ale tak na dłuższą metę to ta cała Zambia jest pewnie taką trochę dzikszą Tanzanią bez dostępu do morza, no bo co innego?

Mbeya
Cudowna Mbeya – deszcz i kurczak z piórami z ogniska dzień w dzień. Nic poza tym

Jeszcze nie wiem, że wcale nie jestem zmęczony Afryką. Jestem zmęczony Tanzanią. Zambia sama już szykuje się, aby mi to radośnie obwieścić przy okazji jednego z kolejnych długich weekendów, które wypadają tam praktycznie co tydzień. Wszystkie po to, aby ludzie w spokoju mogli się najebać i pobawić. Póki co wychodzę jej naprzeciw bez większych oczekiwań.

Do miasteczka Tunduma po tanzańskiej stronie granicy docieram popołudniu. Przed wyjazdem musiałem jeszcze wynaleźć czynną drukarnię w Mbeyi, co okazało się nie takie łatwe. Autobus jechał jakieś pięć godzin… No i się zrobiło nawet dość późno. Tunduma, jak na miasto przygraniczne przystało, moim zdaniem powinna zostać zaorana i wysiedlona. Tak już ten świat jest skonstruowany, że tam, gdzie spotykają się dwa kraje – tam w pierwszej kolejności spotyka się to, co w obu najgorsze. Ledwie po przekroczeniu progu autobusu zostaję otoczony przez naciągaczy, złodziei i innych wrzeszczących, nieprzyjemnych ludzi. O ile podobnego „powitania” mógłbym spodziewać się w większości afrykańskich miast – o tyle tutaj nawet nie udają dobrej woli. Któryś zaczyna mnie szarpać, kilku innych wykrzykuje pogróżki, co to będzie, jeśli im nie zapłacę, następny udaje, że leci na policję na mnie naskarżyć i tylko przejazd jego taksówką ma szanse wybawić mnie z tej straszliwej opresji.

– Chuj wam w dupę – myślę sobie, po czym odbijam z dworcowego placu we wsiowe uliczki, aby ominąć centrum Tundumy, gdzie zapewne bym się od nich nie opędził.
Po jakichś dwudziestu minutach lawirowania pomiędzy rozpadającymi się, glinianymi obejściami, odpalam telefon, aby zobaczyć, którędy właściwie do tej granicy. Ze zdumieniem odkrywam, że sam już poniekąd drogę znalazłem. Aktualnie nie wypada ona ani w prawo, ani w lewo, ani naprzód. Granica, podobnie jak od czasu do czasu kury, przebiega dokładnie pomiędzy moimi nogami…

Tak, błotnista, wsiowa ścieżka, do której się doczłapałem, to właśnie granica Tanzanii z Zambią. Pilnowana jedynie przez kilka bezpańskich psów – przekraczana jest przez wieśniaków jak gdyby nigdy nic. I po co komu Schengen? Cóż, nie po to czekałem tydzień w Mbeyi na wynik testu, żeby go nawet nie użyć. Poza tym od miejscowych wieśniaków odrobinę odróżniam się wizualnie i to co oni robią bez problemu – w moim wypadku mogłoby się zakończyć wieloma komplikacjami. Kolejne dwadzieścia minut później miejscowy chłopaszek, który samozwańczo postanowił wcielić się w rolę mojego przewodnika, dociera wraz ze mną na oficjalne przejście graniczne Tunduma-Nakonde.

Granica Tanzania-Zambia
Ta ścieżka to granica Tanzanii z Zambią

Po paru rozmowach z przymułami w tanzańskich mundurach, którzy dopiero po kwadransie ogarniają, że ja chcę z Tanzanii WYJŚĆ, a nie do niej WEJŚĆ oraz jednej miłej rozmowie z super ładną zambijską strażniczką i jej koleżanką (hmm… pierwszy objaw, że pomiędzy tymi krajami jednak może występować pewna różnica) melduję się oficjalnie w Nakonde, w Zambii.

Wiocha na pierwszy rzut oka nie sprawia wiele lepszego wrażenia niż Tunduma. Szczerze, to powierzchownie sprawia nawet wrażenie gorsze. W Tanzanii co jak co, ale przynajmniej główne drogi są asfaltowe i zadbane. Tutaj – główna trasa łącząca północ z południem całej Afryki to szutrowe, wyboiste klepisko. Może być śmiesznie. Tak czy inaczej – następna wiocha prawie 400 kilometrów dalej, a słońce właśnie zachodzi. Nigdzie więcej dziś nie dojadę.

Misja główna – znaleźć spanie. Misja poboczna – znaleźć jedzenie. Maps.me twierdzi, iż w pobliżu znajduje się obiekt o uroczej nazwie Zwangendaba Executive Lodge. Innymi słowy – murzyński motel. Faktycznie, po kilku minutach jestem już w recepcji. Nie ma tragedii. Pokój za 150 kwacha (ok. 9 dolarów) posiada dwa duże łóżka, ledwie działającą lodówkę i nawet prysznic. Na wyposażeniu znajduje się również rodzina karaluchów do towarzystwa, które raz po raz czmychają pod łóżko, gdy próbuję któregoś z nich zajebać.

Zabezpieczywszy podstawową potrzebę, ruszam na „miasto” wygłodniały. Póki co, z artykułów spożywczych, widziałem na ulicy kilka szaro-brązowych, smażonych na brudnym grillu i zakurzonych piachem z ulicy krowich jelit. Palce kurwa lizać. Na szczęście już wcześniej, nieco na uboczu, wypatrzyłem kątem oka obiekt jakby żywcem wyrwany z innego świata. Czas dokładniej zbadać sprawę.

Od zakurzonej, hałaśliwej ulicy pełnej ledwie zbitych z desek, kolorowych straganów oferujących rozmaite badziewie, bar oddzielony jest płotem i ochroniarzem w bramie. MM Night Club, gdyż tak ów przybytek nazwano, sprawia wrażenie klocka niepasującego do wszystkich innych w tej układance. Przechodząc przez bramę, czuję się jakbym zmienił znienacka planszę w grze komputerowej. Zajmuję miejsce przy czystym stoliku, tyłem do połyskującego, wypełnionego drogimi alkoholami baru, a kelner odjebany jak w Hiltonie przynosi mi menu. Kolejna miła niespodzianka – wszystkie dania w bardzo przyjemnych cenach. Zamawiam dużą pizzę za 90 kwacha (21 zł) i lokalnego browara Mosi za 20 kwacha (4,50 zł).

Mosi
Lokalne piwko Mosi – w tle światła przejścia granicznego Tunduma-Nakonde

Radości z pochłaniania jednej z najlepszych pizz, jakie jadłem w życiu, po 1,5 miesiąca żywienia się dzień w dzień pierdolonym tanzańskim kurczakiem z piórami i frytkami, nie jestem w stanie opisać. Na uboczu jakiejś zapadłej afrykańskiej dziury odnalazłem kawałek raju. To jest nie do wiary, co za miejsce. Tymczasem tłum zaskakująco elegancko ubranych ludzi gęstnieje wokół baru. Niby miałem wstać wcześnie rano, ale nie ma opcji, żebym wracał teraz siedzieć z karaluchami w pokoju. Idę tylko zostawić na wszelki wypadek kamerę i większość gotówki w pokoju motelowym – jeszcze nie znam tego kraju.

– Przepraszam! – krzyczy podbiegając do mnie całkiem sympatyczna kelnerka, gdy zauważa, jak zaczynam zbierać się od stolika.
– Tak? – odpowiadam, zastanawiając się, czy nie przeszła płatność (tak, tu się płaci kartą!), czy o co chodzi.
– Może zostaniemy przyjaciółmi? Jestem Jossy – mówi dziewczyna, pewnie przekonana, że skoro się zbieram, to jej ostatnia dziś szansa na poznanie białego.
– Yyy… Jasne! Jestem Janek – człowiek wychowany w zjebanej Europie nie jest przyzwyczajony do sytuacji, aby kobieta sama z siebie umiała użyć aparatu mowy.
Po wymianie numerów uspokajam Jossy, że zaraz wrócę – idę się tylko ogarnąć.

W czasie mojej krótkiej nieobecności, tłum w barze zdążył zgęstnieć na tyle, iż ciężko teraz się dopchać po piwo.
– Siadaj tutaj, przyjacielu! – widząc mój slalom do wodopoju, ktoś drze mordę za moim ramieniem.
Najbardziej najebany przedstawiciel towarzystwa robi mi miejsce przy stoliku, podając browara. Nie zawaham się przyjąć zaproszenia, zwłaszcza, że towarzystwo obfituje w dużo eleganckich dziewcząt i wesołych typów, a stolik zastawiony jest pełnymi butelkami jak hurtownia.

Zabawa toczy się w coraz lepsze wraz z opróżnianiem ekwipunku, gdy do towarzystwa dosiada się jegomość wyraźnie starszy od pozostałych.
– Możemy iść na bok porozmawiać? – pyta mnie na wstępie.
Niespecjalnie widzi mi się odrywać od mojej miejscówki, którą zdążyłem już bardzo polubić.
– Pierdol go, pij! – podpowiada rozwiązanie sytuacji koleżka, który jako pierwszy zaprosił mnie do towarzystwa.
Wobec powyższej argumentacji, facet wyciąga z kieszeni odznakę z grawerowanym godłem Republiki Zambii, dając do zrozumienia, iż zaproszenie mnie na bok nie ma charakteru towarzyskiego. Chyba wypada jednak z nim pogadać.

Okazję do wyjścia na zewnątrz wykorzystuję do zapalenia papierosa, a niespodziewany rozmówca przechodzi do rzeczy.
– Jestem John (Jakiś Tam), oficer straży granicznej w Nakonde. Proszę pokazać paszport – wydaje mi polecenie.
Po przewertowaniu kartek mojego paszportu dochodzi do strony z wbitą wizą zambijską.
– Aha, czyli jesteś tu legalnie. Przepraszam – stwierdza ze skruchą.
– Wiesz, ta granica jest w ogóle niestrzeżona. Często ludzie przechodzą nielegalnie na melanż i wracają do Tanzanii tej samej nocy – kontynuuje.
– Spoko, nie ma problemu – odpowiadam i aż również zaczyna mi się robić głupio, kiedy widzę, jak jemu jest głupio z powodu wykonywania swojej pracy.
– Dużo dałeś za wizę? – pyta oficer.
– 50 dolarów.
– Przykro mi, że mój kraj tak żeruje na odwiedzających go ludziach. Pozwól, że z racji tego i tej niezręcznej sytuacji, kupię ci piwo – proponuje strażnik.
– Nieee, nic mi nie musisz kupować, chodź się napić po prostu.

Melanż Zambia
Oficer straży granicznej w Nakonde i jakiś człowiek z Polski

Oficer twardo obstaje przy swoim i wkrótce przylatuje od baru z browarami. Niech będzie, dam się namówić. Po kilku godzinach cała załoga przejścia granicznego w Nakonde siedzi już z nami przy stoliku, a ja co chwilę nie posiadam się z zaskoczenia ogarnięciem i wiedzą o świecie miejscowych ludzi, którzy znają nawet kilka podstawowych słów po polsku i potrafią powiedzieć „na zdrowie” po islandzku (!). Co bardziej zainteresowani sportem wymieniają z pamięci kluby polskiej ekstraklasy. Szok – zwłaszcza po 1,5 miesięcznym pobycie w Tanzanii, gdzie mało kto był w stanie wskazać na mapie Europę i wiedział, że Ameryka to inny kontynent.

Robi się późno. Około 3 w nocy uznaję, że czas iść do domu, gdyż zamierzałem z rana wstać. Jakby o 3 to miało jeszcze jakiekolwiek znaczenie, co ja zamierzałem. Tak czy inaczej zaczynam się żegnać, a oficer John dzwoni po taksówkę dla mnie.
– Bez kitu, ja mam stąd 100 metrów do pokoju, przejdę piechotą! – próbuję wymigać się od przysługi.
– Nie możesz iść piechotą, po Afryce nie chodzi się w nocy samemu – kategorycznie oświadcza strażnik i już podaje przez telefon adres taksówkarzowi.
No dobra, skoro już zamówił to niech będzie. Pożegnalny obchód i zbijanie piątek ze wszystkimi nowymi znajomymi zajmuje mi mniej więcej tyle samo czasu, co taksówkarzowi przyjazd pod bar. Gdy już zajmuję miejsce na tylnej kanapie, John wpycha na siedzenie obok mnie jedną z pijanych lafirynd, które od jakiegoś czasu kręciły się wokół nas.
– No coś ty, po co mi ona tutaj? – ledwie zdążam zareagować.
Niestety co ładniejsze dziewczęta w czasie melanżu zdążyły się rozejść, a te co zostały, delikatnie rzecz ujmując, swoją prezencją nie zachęcają do integracji.
– To byłby dla mnie wstyd, gdyby gość w moim kraju spał sam! Niczym się nie przejmuj – krzyczy na odchodne John, zamykając drzwi auta za lafiryndą i wydając taksówkarzowi polecenie odjazdu.

W tym momencie doceniam jeszcze bardziej mój pokój z dwoma łóżkami. Nie do końca proszony prezent od Johna pada pyskiem na jedno z łóżek i po dwóch sekundach już śpi. Ja mogę spokojnie wyspać się w drugim i już.

Zapraszam do obejrzenia filmu z tego i kolejnych dni w Zambii na moim kanale.

Nakonde
Pijana Murzynka grzecznie sobie śpi, a ja mam spokój

6 odpowiedzi na “To byłby wstyd, gdyby gość w moim kraju spał sam”

  1. masz talent do pisania

    1. Dzięki, lubię pisanie w sumie bardziej niż klejenie filmików 😉

  2. Ostatnio odkryłem Twoj kanał na YouTube. Mega dobry 🙂 fajna narracja , klimat i bezpośredniość 🙂 wróże fajny sukces i trzymam mocno kciuki 👍

    1. A dziękuję. Miło, że zajrzałeś również na stronę 😉 którą swoją drogą uważam za lepszą niż te filmiki 😀 no, ale słowo pisane wyszło już z mody i nie wybiera się z powrotem. Pozdrawiam!

  3. Rozjebało mnie to Stary! Przez przypadek odkryłem tą strone. Ty zacznij pisać w tej Islandii, bo nie po to Bóg dał Ci talent, żebyś go teraz zmarnował. Czytałem ten kawalek, jak w transie. Potrafisz oddać rzeczywistość, której nie było w filmie. Kurde a myślałem kiedyś, że musiały być sytuacje trudne i niebezpieczne. Janek proszę Cie zacznij pisać. Poskladaj to w jedną całość a ludzie to docenią. Swiat, to doceni. Nie wiem kiedy Ty będziesz miał z tego profity, ale z pewnością masz talent, którego nie możesz zmarnować. Czasami wielcy ludzie tacy jak Van Gogh nie doczekali się splendoru i sławy, za życia, ale z pewnością robili to co kochali i to było ich szczęściem. Pisz i daj radość ludziom, a mnie poinformuj kiedyś o książce. Może spróbuj wydać, tą z Azji ? No nie ważne… Zrobisz co bedziesz uważał za stosowne, ale musialem wyrazić swoją opinię na ten temat. Powodzenia Byku!

    1. Dziękuję! 🙂 Tak, prawdę mówiąc pisanie sprawia mi dużo więcej frajdy, niż robienie filmików. W przeciwieństwie do nagrywania – tutaj można się zrelaksować, siąść sobie w fotelu, odpalić szluga i muzykę. Najlepszy sposób spędzania wolnych wieczorów w domu. Z pewnością jeszcze dużo historii będzie opisane, a po jakimś czasie spróbuję wydać coś na papierze. Zresztą, właśnie z Azji mam 380 stron A4… No, ale to bez pośpiechu, na razie nie ma co się wygłupiać i wykładać worek hajsu na drukowanie czegoś, co kupi później 10 osób. Zakładam, że w perspektywie jakichś 3-5 lat istnieje szansa na zebranie potencjalnego grona odbiorców. Pozdrawiam 😉

Dodaj komentarz