Obora Ibrahima (odc. 4 z Bliskiego Wschodu)

Obora Ibrahima

Poranek w obskurnym hostelu w Ammanie wita mnie dwiema trudnościami logistycznymi. Po pierwsze, pożarty w nocy kebab z ulicy, co można było przewidzieć, nie wpłynął nad wyraz pozytywnie na mój stan zdrowia. Po drugie, przy zakładaniu soczewek kontaktowych, jedna z nich pękła mi na pół, a przy mojej kreciej ślepocie, wolałbym takie rzeczy jak soczewki jednak mieć przy sobie. Można by dodać trzecią trudność – mianowicie konieczność dostania się do Wadi Musa – miejscowości, w której znajduje się Petra, czyli tak na oko w pizdu i kawałek drogi przez pustynię. No, ale najpierw uporajmy się z dwiema pierwszymi, a takie tam szczegóły już jakoś się ułożą.

Wychodzę do hostelowego przedpokoju, gdzie tłusty właściciel gapi się w telewizor z pozycji fotela. Siedząc w laczkach i starym dresie dopala setnego papierosa i odpala kolejnego. Brakuje mu tylko piwa “Mocny Full” w łapie. Spytałbym się go o optyka, ale jak tu grubasowi przetłumaczyć, co to jest soczewka kontaktowa? Cóż, po demonstracji z użyciem rekwizytów w postaci pękniętej soczewki, okularów i pieniędzy (że chcę kupić “o takie jak to”), udaje mi się uzyskać dość szczegółowe wskazówki. Tzn. “o, tam!” i wskazanie palcem sklepów naprzeciwko.

– Po chuju – myślę sobie.
Ale co więcej uradzę, idę sprawdzić. O dziwo mym oczom ukazuje się, faktycznie zaraz obok naprzeciwko, szyld salonu optycznego. Ale jaja, no tego bym się nie spodziewał w tym chlewie. W środku nieskazitelna czystość, za ladą starszy okulista i młodsza asystentka w białych kitlach, uśmiechając się serdecznie, pytają płynnym angielskim, w czym mogą mi pomóc. Bez najmniejszego problemu uzyskuję dokładnie taką soczewkę jakiej mi potrzeba oraz zaproszenie na zaplecze, żebym mógł zdezynfekować ręce i sobie założyć. Do tego ofertę różnych promocji i bezpłatnych badań. Jestem w ciężkim szoku. Wychodząc z powrotem na brudne, rozdupcone, hałaśliwe ulice zastanawiam się, czy to nie była aby jakaś fatamorgana. No, ale widzę dobrze, więc chyba faktycznie musiałem przed chwilą kupić soczewkę.

Nic to, pierwszy kłopot z głowy. Drugi rozwiązuję za pomocą zapasu coli na drogę, która jak wiadomo jest najlepszym lekarstwem. Zostaje nic innego, jak tylko wyruszyć na straceńczą misję dostania się do Wadi Musa – ale to przecież nie kłopot, tylko frajda. Jest już o wiele za późno względem planu. Zanim się ogarnąłem, chciałem jeszcze nieco odpocząć, ponieważ choroba mnie osłabiła, do tego posiedzieć na necie póki mam Wi-Fi, żeby obadać jakieś dalsze plany na nocleg, zapoznać się z trasą i takie tam. Aha, no i skoro jestem już w tym Ammanie, to coś go zobaczyć za dnia. W nocy widziałem już sporo, jednak przespacerowałbym się także w promieniach słońca.

Pierwszy etap podróży zamierzam pokonać lokalnym autobusikiem do Madaby. O miejscowych autobusikach zdążyłem się nauczyć już tyle, że są śmiesznie tanie i każdy w nich jara. Znaczy się, są OK. Dzięki temu zaoszczędzę w pizdu czasu i znajdę się z miejsca na Trasie Królów, czyli szlaku przecinającym Jordanię z północy na południe, bez konieczności dymania na jakieś wylotówki z Ammanu, co o tej porze mijałoby się z celem. Zasięgam informacji o umiejscowieniu najbliższego dworca od Ferdka z hostelowej recepcji, który rozrysowuje mi zajebistą mapkę okolicy, tłumaczy gdzie złapać dzieloną taksówkę za grosze, która zawiezie mnie na dworzec oraz wypisuje na tej samej kartce coś po arabsku, co mam pokazać taksiarzowi, żeby było szybko i tanio. Piękna sprawa, dzięki. Ruszam zatem w drogę, łącząc przyjemne z pożytecznym – będzie i spacer po Ammanie, i zmierzanie do celu.

Amman
Amman – nieopodal hostelu

Amman
Ze względu na kolor budynków Amman nazywany jest czasem “Białym Miastem”

Na miejscu wskazanym na mapce faktycznie czeka dzielona taksówka, faktycznie po pokazaniu tekstu z kartki zawozi mnie szybko na jakiś dworzec za 0,75 dinara. Po pobieżnych konsultacjach z zebraną na miejscu gawiedzią ustalam, który ze stojących równolegle, rozklekotanych busików dowiezie mnie do Madaby. Dwa dinary dla kierowcy, szlug odpalony i jazda w świat. Po godzince komfortowej wycieczki wysiadam na targowym placu w Madabie i zaczyna się przygoda. Syf, brud i hałas osiąga poziom typowy dla prowincjonalnego, arabskiego miasteczka. Pół godziny marszu później jestem już na wylotówce, z której widok rozciąga się już tylko na bezkresną pustynię i wielbłądy, wyżerające resztki ze śmietników na poboczu. Witamy w trzecim świecie, podoba mi się.

Madaba
Wielbłądy ucztujące na śmietnisku

Po dziesięciu minutach łapania stopa zatrzymuje się samozwańczy taksówkarz, jakich pełno w tego typu krajach. Dużym vanem wiezie już kilka osób, ale ja tłumaczę mu, że łapię stopa, a nie taksówkę. Facet zdaje się pojmować, że nie zarobi i oferuje mi taki deal – będzie wiózł mnie za darmo, ale później skręca i zostawi mnie przy trasie gdzieś na zadupiu. No i gitara, w sumie poniekąd na tym polega autostop, ale chłop chyba ma poczucie, że właśnie odkrył Amerykę. Na przywitanie zostaję poczęstowany papierosem, bo każdy (i wszędzie) w Jordanii pali papierosy. W tumanach kurzu na zewnątrz, oparach dymu tytoniowego wewnątrz, przemierzamy mniejsze i większe jordańskie wioski przy akompaniamencie arabskiej muzyczki z radia. Wnet, sięgająca dotąd po horyzont pustynia, urywa się i jest… wielkie nic. O co tu chodzi? Dojeżdżamy do skraju “nic”. Naszym oczom ukazuje się gigantyczny, monumentalny, przechodzący wyobrażenie kanion. To z jego powodu pustynia zdawała się nagle “urywać”.
– O kurwa! – mówię na głos, ogarniając wzrokiem ten bezkresny cud natury, po którego zboczu szosa wije się w dół jak spaghetti.
Towarzysze kiwają głowami z uśmiechem – na lokalsach pewnie nie robi to aż takiego wrażenia. Co kilka serpentyn przy drodze rozmieszczone są zatoczki – punkty zdjęciowe i widokowe. Nie proszę o zatrzymanie tam, bo w końcu i tak jadę na krzywy ryj, a poza tym śmieszny aparacik z telefonu nie oddałby nawet ułamka piękna tego krajobrazu.

W dół kanionu jedziemy dobre pół godziny. W jednym z niższych punktów, już na przeciwległym zboczu, droga rozwidla się, a auto zatrzymuje.
– To tutaj, za darmo mogę cię wysadzić tutaj – oznajmia kierowca.
Spoko, nie ma sprawy. Wychodzę na szosę i jestem pośród niczego. Jak okiem sięgnąć zero osad ludzkich. Co gorsza, samochodów za wiele to tutaj nie przejeżdża. W sumie, z punktu widzenia normalnego człowieka, to znalazłem się w kompletnej dupie. Do Wadi Musa nie ujechałem nawet połowy drogi, a słońce chyli się ku zachodowi. Jedyną większą miejscowością po drodze jest Al-Karak, za którym do samej Wadi Musa nie ma już kompletnie, ale to ni chuja, naprawdę nic. Dla formalności dodam, że nigdy w podróży nie noszę na grzbiecie takich zbędnych dupereli jak namiot, śpiwór, czy karimata – przecież w to miejsce można upchnąć o wiele przydatniejszy podróżniczy ekwipunek – na przykład dobrą koszulę, gdyby gdzieś po drodze trafił się melanż. A na pustyni w nocy piździ, oj piździ…

Na szczęście nie jestem normalny, a zaistniała sytuacja jest na tyle pojebana i beznadziejna, że wprawia mnie w znakomity, wręcz euforyczny nastrój. Jest przygoda, jest afera, będzie co opowiadać! Spaceruję sobie zatem poboczem roześmiany, od czasu do czasu machając na nieliczne przejeżdżające auta. Pierwsze, które się zatrzymuje, jedzie akurat w kierunku przeciwnym do tego, w którym podążam. Rozpierdolonym pick-upem jedzie czteroosobowa rodzinka mumii. Wszyscy, łącznie z dziećmi i chłopem, owinięci szmatami tak, że tylko oczy im widać. Zatrzymują się przy mnie i się gapią, po chwili chłop wykonuje łapami niezbyt przyjazne gesty. Ja pierdolę, o co tu chodzi? Kilka sekund później odjeżdżają, zostawiając mnie z myślami pt. “co tu się właściwie odjebało?”.

Nie mija kolejny kwadrans, gdy szczęście się do mnie uśmiecha. Samotna toyota celica z czterema młodymi, obwieszonymi łańcuchami jak 50-cent Arabami, zatrzymuje się, żeby mnie podwieźć. W środku huczą jakieś arabskie rapsy jak na koncercie. Robią mi miejsce i ruszamy w pięciu z piskiem opon. Nie przedstawiają się, ale są sympatyczni i się śmieją. Jest gitara. Zauważywszy mój strój uprzedzają mnie, że prowincja Al-Karak jest najbardziej ortodoksyjnie muzułmańskim rejonem Jordanii i kolorowa koszulka z krótkim rękawem tu nie przejdzie, każą założyć bluzę. Poniekąd wyjaśnia to tajemnicę spotkania z rodzinką mumii. W przyjemnej atmosferze wyjeżdżamy z drugiej strony kanionu, gdzie na szczycie mam sposobność załapać się jeszcze na ostatnie promienie słońca. Jedzie się na tyle fajnie, że z wielkim smutkiem przyjmuję informację, iż towarzystwo odbija tu od drogi i dalej muszę radzić sobie sam. No, prawie sam, bo podwożą mnie jeszcze na przystanek, gdzie stoi bus do Karaku. Hmm… zanim ja na tym pustkowiu złapię następnego stopa to będzie noc. Niech już będzie ten bus, aby tylko za widoku dojechać do miasta i będzie dobrze – tam jak coś złapię to na bank będzie jechało do Wadi Musa, bo gdzie indziej można jechać na południe od Karaku?

Busik za pół dinara błyskawicznie rusza z przystanku – jest nadzieja. Jak błyskawicznie ruszył, tak błyskawicznie się zatrzymuje. Pod stodołą stoją ludzie, chyba ziomki nawoływacza. W każdym busie, poza kierowcą, jedzie nawoływacz, który przyjmuje opłaty i zgarnia ludzi z ulicy. Nic, tylko na piętnaście minut tam stanąć, napić się z ziomkami kawy, pogadać, a ja sobie poczekam, co tam. Łaskawie wróciwszy na pokład, nawoływacz wyciąga łapę po… 5 dinarów.
– Nie, miało być pół dinara – odpowiadam stanowczo.
Tamten robi niewinną minę, że niby żartował, kierowca się śmieje. No kurwa ubaw po pachy. Daję im te pół dinara i niech się odjebią, ale tamten nie przyjmuje. Zamiast tego wypatruje kolejną grupkę ludzi, do których z darciem ryja wyskakuje na pogawędki. Kurwa mać, już się we mnie gotuje. Wraca i ta sama akcja – pięć dinarów, niby taki żart. Wyjmuję monetę półdinarową, kładę na desce rozdzielczej i zajmuję miejsce, nie odzywając się ani słowem. Tamci gadają coś między sobą, co po tonie ich głosów można przetłumaczyć jako “nie zna się na żartach, gbur”. Jedź pan i nie pierdol. Po kilku kolejnych postojach i pokonaniu żółwim tempem kawałeczka, który miałem wcześniej do Karaku, wysiadam już prawie w ciemności wkurwiony jak sto pięćdziesiąt. Przez tych gamoni tu utknę. Ale nie! Dam radę, pierdolę wszystko!

Uspokoiwszy się nieco i upewniwszy, że tego dnia żaden bus do Wadi Musa już mnie nie dowiezie, staję na wylotówce z Al-Karak. Nikt nie chce mnie wziąć przez pół godziny. Zapada kompletna ciemność. Zaczynam tracić nadzieję. Coś dzieje się na drodze – kilka aut na raz razi mnie reflektorami, tak, że nie bardzo widzę, o co chodzi. Jeden wyprzedza drugiego, drugi trzeciego, jeden się zatrzymuje. Przyjebali w siebie, czy o co taki rejwach? Auto, które stanęło, cofa w moim kierunku. Chyba po prostu… chcą mnie zabrać i zatrzymując się wywołali trochę chaosu. Na to wychodzi. Biegnę do nich, przez szybę się upewniam. W środku trzech chłopa, zapraszają gestem. Zaaferowany ostatnią szansą wskakuję nie przemyślawszy do końca, że właśnie opuszczam w środku nocy jedyny przyczółek cywilizacji w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Co ma być to będzie, wieźcie mnie aby dalej.

Al-Karak
Wylotówka z Al-Karak. Na górze dość słynny zamek, ale mam go wtedy gdzieś

Starszy, siwy chłop przedstawia mi się jako Ibrahim. Młodszy, w skórzanej kurtce, ma na imię Fahid i jako jedyny zna trzy słowa na krzyż po angielsku. Trzeci – kierowca – nie odzywa się wcale, ale Fahid tłumaczy, o ile dobrze zrozumiałem, że to znajomy taksówkarz, który zjeżdża po pracy na ich wiochę i ich podwozi. No dobra, nie wiem co to za wiocha, ale przynajmniej w dobrym kierunku. Jedziemy już kilka dobrych kilometrów, nie jest źle – solidny kawałek do przodu. Gdy wyjawiam Fahidowi swój plan dostania się jeszcze tej nocy do Wadi Musa, Ibrahim i kierowca aż odwracają się z niedowierzaniem z przedniego rzędu.
– Nie ma szans, zginiesz – napawa mnie nadzieją Fahid – tam nie ma nic i nikt tam nie jeździ.
Świetnie. Na to Ibrahim odwraca się ponownie i pokazuje mi złączonymi dłońmi gest poduszki, chodzi mu bez wątpienia o nocleg. Tylko, co z tym noclegiem? Że mnie zaprasza, że pyta czy mam, że spać mu się chce?
– Nie mam, nie trzeba, poradzę sobie – odpowiadam.
Na to tamten dalej gestykuluje, pokazując mi najwyraźniej coś w rodzaju “TY” -> “DO MNIE” -> “SPAĆ”. Hmm, zapowiada się ciekawie. Fahid potwierdza, że o to właśnie się rozchodzi. Wchodzę w to!

Po dojechaniu do jakiejś bliżej niezidentyfikowanej wioski, odbijamy w jedyną poprzeczną uliczkę. Wysiadamy we trzech, auto odjeżdża, a Ibrahim prowadzi zardzewiałą furtką na zagracone podwórze jakiejś rozlatującej się obory. Gospodarz zaprasza mnie do środka i zapala świetlówkę w kwadratowej, pustej izbie, wyłożonej obrzydliwymi materacami. Cały przybytek składa się z owej izby, ciasnego korytarza do drzwi i dwóch pomieszczeń po przeciwnej stronie korytarza – drugiej izby, tak zajebanej złomem i butelkami, że gdyby nie światełko z telefonu, to przechodząc przez nią niechybnie połamałoby się nogi. A przechodzi się przez nią do ostatniego, trzeciego pomieszczenia – nory z dziurą w ziemi, konewką (kto był w krajach arabskich ten wie, do czego) i ogrodowym wężem z wodą. Nie ma nawet drzwi. To jest “łazienka” – najobrzydliwsze miejsce, jakie w życiu widziałem, toteż pozwolę sobie oszczędzić dalszych szczegółów.

Zajmujemy z Fahidem miejsca na obleśnych leżankach, a starszy gdzieś wychodzi. To pewnie jakieś pomieszczenia gospodarcze, gdzie mogą przyjąć niespodziewanego gościa.
– Ibrahim tu mieszka – wyprowadza mnie z błędu Fahid.
To się kurwa chłop urządził.
– Ja lubię przychodzić do niego, bo żona mnie wkurwia – tłumaczy dalej młodszy z Arabów.
Ibrahim tymczasem wraca z polowym palnikiem i wagonem szlugów, pokazując, że teraz będziemy jeść i palić. Aż się boję, co mi tu zaserwują, ale zapalę chętnie. Niedługo później wykonuje kolejny kurs, tym razem po gar z jakimś żarciem, który stawia na palniku. Wszyscy kładziemy się, opierając głowy na łokciu i zaczyna się dyskusja. Całkiem się to posiedzenie rozkręca – początkowo zakładałem, że wskażą mi tylko miejsce do spania i sobie pójdą. Zamiast tego najpierw papierosy, później jedzenie, a teraz zapowiada się na regularny wieczorek towarzyski. Fahid odpala udostępnianie Wi-Fi w telefonie, dzięki czemu możemy wszyscy włączyć sobie translatory polsko-arabskie i całkiem nieźle się dogadywać. Znak czasów.

Gdy zdążyłem już dowiedzieć się, iż Ibrahim dorobił się dziesięciorga dzieci (swoją drogą – ciekawe gdzie je poukrywał, może ma dla nich specjalną oborę?), czas już na jedzenie. Gospodarz nie szczędzi nikomu potrawki z gotowanego mięcha, ziemniaków i cebuli, wykładanych na brudne półmiski. Do tego cały stos arabskich chlebków, surowe ogórki i jakieś dziwne, zielone coś, co przypomina szparagi, lecz smakuje jak zimne brokuły. Może smakowałoby lepiej, gdyby nie nakładał mi tego niemytymi rękami, co nieco mnie odrzuca, więc z początku udaję najedzonego, choć głodny jestem jak pies. Kiedy każdy ma już przed sobą w pełni zastawiony “stół”, Ibrahim wraca jeszcze do sąsiedniej izby, przynosząc plastikowe kubki, pseudocolę i… litra whisky! Co kurwa, w Jordanii? Ej, co jak co, nie spodziewałem się żadnej gościny, żadnego jedzenia, ale to już przekracza moje wyobrażenie.
– Pijesz alkohol? – pyta się przez translator Fahid, przytykając palec do ust na znak tajemnicy.
Yyy… No i jak ja w ogóle mam chłopu odpowiedzieć?! Cud na pustyni! Aż się wzruszam z radości. Od razu nawet mija obrzydzenie do żarcia nakładanego rękami, jak coś to (m)etanol wybije bakterie. Zjadam z takim entuzjazmem, że zaraz dostaję dokładkę. Popijam whisky, zjadam dokładkę i dostaję dokładkę także whisky. Za kolejne dokładki żarcia już dziękuję, za to whisky lejcie mi tyle dokładek, ile wlezie. Jest pięknie!

W kwestii samych wrażeń podniebienia to umówmy się, do Sheratonu nie trafiłem. Potrawka smakuje tak, jak może smakować duszona mieszanka mięsa, ziemniaków, cebuli i soli. Napitek za to jest najobrzydliwszą podróbą whisky, jaką dotąd smakowałem, ale wszystko razem komponuje się z klimatem miejsca tak idealnie, iż nie wymieniłbym tego na nic innego.
– To jordańska whisky – chwalą mi się Arabowie, wskazując na napis na etykiecie, przyozdobionej… wizerunkiem cycatej baby.
Serio, takie rzeczy produkują w Jordanii? Kto by pomyślał. Zaufawszy mi już na tyle, Ibrahim rozpala faję z haszyszem, od której w mig robi się taka siekiera, że nie widać drugiego końca izby. Dyskutujemy jeszcze długimi godzinami, aż wszyscy usypiamy plackiem na ziemi tam, gdzie kto leżał.

Jordania wieś
Uczta w oborze

Jedzenie w Jordanii
Potrawka, kubek od whisky i pocztówki z Sandomierza – zawsze zabieram je na podróż, żeby rozdawać napotkanym dobrym ludziom

Następny dzień wita nas przeraźliwym chłodem od podłogi, wstajemy wcześnie. Dobrze, bo jest szansa, że choć dziś dotrę wreszcie do tego Wadi Musa. Fahid oferuje mi pomoc w ogarnięciu transportu. Żegnamy się z Ibrahimem serdecznie, po czym wychodzimy we dwóch na wiochę i wchodzimy do obskurnej jadłodajni naprzeciwko, która jak widać służy chyba za coś w rodzaju domu kultury, bo zebrało się tam pewnie z pół wioski. Fahid musi być tu najwyraźniej lokalną gwiazdą towarzystwa, ponieważ wszystkie ziomeczki zaraz ustawiają się w kolejce do zbicia z nim piony. Mój towarzysz przedstawia mnie jako swojego kolegę z Polski, co sądząc po reakcji mieszkańców tego zadupia właśnie dodało mu +10 do respektu. A i mnie przy okazji też – sam na chwilę staję się wioskową gwiazdą i ze mną też każdy chce zbić pionę. Fahid ustala z kolegami, kiedy i gdzie można złapać jakiś transport do Wadi Musa. Okazuje się, że za pół godziny będzie przejeżdżał jakiś ich znajomy busem i mnie weźmie po promocji. Faktycznie, pół godziny później podjeżdża pojazd z zaznajomionym kierowcą. Ściskamy się z Fahidem na pożegnanie i dalej w drogę. Zanim opuszczę wieś, zdążam jeszcze sprawdzić na mapach offline, jak ona właściwie się nazywa. Al-Hussayniyah. Brzmi nieźle.

Pełną relację z przebiegu wizyty u Ibrahima postanawiam nagrać, zanim otrząsnę się z szoku po tym, co przeżyłem. Najlepiej przy okazji postoju busa, w który wsadził mnie Fahid. A było o czym opowiadać…

Dodaj komentarz