Nie da się, ale to nie sposób przejść Angkoru piechotą (cz. I)

Angkor Wat z tyłu

Ktoś bardzo mądry (prawdopodobnie to byłem ja) powiedział, że podróż jest miniaturą życia. Te same problemy, te same radości, jedynie przyspieszone i wzmocnione dynamicznym biegiem wydarzeń w drodze. Relacje i emocje, w normalnym życiu rozwleczone na miesiące, a czasem lata, w podróży kumulują się na przestrzeni tygodni, dni i godzin. Nie inaczej sprawy mają się z konfliktami, będącymi nieodłącznym, acz rzadko omawianym elementem większości wypraw. Umówmy się – będąc dwadzieścia cztery godziny na dobę w obcym świecie z jedną tylko osobą, na której trzeba polegać i znajdować wspólne rozwiązania niejednokrotnie stresujących i nieznanych wcześniej sytuacji, po pewnym czasie dałoby się znienawidzić najbliższego przyjaciela. W momencie, gdy wyruszamy w podróż z nieznajomą wcześniej osobą, pytanie nie brzmi, czy konflikt zaistnieje, gdyż to prędzej czy później nastąpić musi. Jedyną kwestią pozostaje, czy uda się znaleźć jego rozwiązanie oraz ewentualnie – na ile szybkie i skuteczne.

Po trzech godzinach snu pierwszej nocy w Siem Reap, mający właśnie nastać dzień zapowiada się niezwykle wyczerpująco. Przede mną i Pauliną wiele godzin przeprawy przez dżunglę, podczas odkrywania świątyń starożytnego Angkoru. Perspektywa, co by nie powiedzieć, co najmniej interesująca, lecz jak to zwykle postanowiliśmy wyłożyć lachę na wszelkie zalążki planowania i organizacji. Jakoś to będzie, jak zawsze…

Dźwięk budzika wali nas obuchem w łeb. Ja pierdolę, moment. Góra jest tam, dół jest tu… Chyba tak to szło. Ciemna noc za oknem. To będzie wymagający dzień.
Z bardzo, ale to bardzo niewielu życiowych okoliczności, które mogłyby popchnąć mnie do tego pokroju heroizmu, wschód słońca nad Angkor Wat zalicza się akurat do czołówki wąskiego grona tychże okoliczności. Półprzytomni schodzimy do recepcji po obiecane rowery, cudem unikając śmierci na ciemnych schodach.
Recepcjonista wyjmuje z zaplecza dwa przeżarte rdzą, ledwie trzymające się w jednym kawałku, skrzypiące rupiecie z niedopompowanymi kołami. Jest piąta, musimy się spieszyć. Konieczność znalezienia przed wyjazdem pompki zdecydowanie nie pomaga w realizacji harmonogramu.

Dosiadłszy nareszcie zdezelowanych rumaków, cieszymy się niezmiernie z rozpoczynającej się wycieczki. To znaczy jedni cieszą się mniej, inni ciut bardziej. Tak się bowiem składa, że nie wszystkim z nas dziecięcy rozmiar rowerków przystaje do gabarytów ciała, innym za to wręcz jakby szyty na miarę. Owa okoliczność nieco utrudnia przemieszczanie się tym większym z nas, tych mniejszych wprawia zaś w doskonały nastrój, ubogacony o salwy nieskrępowanego śmiechu po każdym spojrzeniu na moje męczarnie, gdy obijam sobie kolanami brodę.
Śmichy chichy, Janek zaraz zabije się na dziecięcym rowerku z odpadającym siodełkiem, jednak mamy do pokonania osiem kilometrów, a niebo tymczasem zaczyna się rozjaśniać. Trzeba zapierdalać. Szybki ogląd mapy – jedziemy prosto, za mostem na rondzie w prawo i to wszystko. Nie zgubimy się, w drogę.

***

Po wyjeździe z miasta szosa zamienia się w tor przeszkód między pozostałymi po ulewie kałużami głębokości po kolana. Sześć z ośmiu kilometrów zostawiliśmy już za plecami, słońce nadal nie wzeszło nad otaczającą nas coraz gęstszą dżunglą. Dojeżdżamy do rozwleczonego przez środek drogi szlabanu. Oho, pewnie trzeba będzie wybulić za bilety.
Zsiadamy z rowerów i człapiemy do budki strażnika. Przy cieciówce wzniesiono niewielki murowany budyneczek, w którym wedle szyldu ponoć mieści się jakieś muzeum. Rozglądamy się po okolicy, ani żywego ducha. Co robić?
Hmm… Pewnie jebać. Nie chcą naszych pieniędzy – to nie, nie mamy czasu się nad tym rozczulać. Nerwówka wisi w powietrzu. Nadal nie mamy biletów, a wjeżdżamy już na teren kompleksu Angkor. Zaraz będzie wschód. Sprzeczności pomiędzy mną a Pauliną w pomysłach na rozwiązanie zaistniałej sytuacji nie pomagają w sprawnym przeprowadzeniu procesu decyzyjnego.
Cóż, póki co jedziemy dalej. Dobre humory jakoś tam podtrzymuje ubaw z mojej nienagannej sylwetki na dziecięcym rowerku. Dżungla ustępuje chwilowo miejsca polom ryżowym. Czyżby miało nam udać się przejechać na krzywy ryj?
Dupa zbita, a nie przejechać. Kolejny szlaban wyposażony jest już w aż nadmiar strażników, którzy prędzej nas zastrzelą niż puszczą bez biletów. OK, niech będzie i tak, my od samego początku nie mamy najmniejszego zamiaru kantować na opłacie wejściowej.
– Trzydzieści dolarów za osobę, tak? – wręczamy strażnikom zwitek sześciesięciu dolarów.
– Tak, ale tutaj nie możecie kupić biletów.
– A gdzie?
– W muzeum miejskim, w centrum Siem Reap.
Coooo, kurwa?! Najsłynniejsza atrakcja kraju i chyba kontynentu, jedna z najważniejszych w historii świata świątyń, a nikt, ale to absolutnie nikt nie wpadł na pomysł poinformować turystów, że biletów nie kupią na wejściu tylko w jakimś jebanym, nigdzie nieoznaczonym muzeum…? To jest żart.
W ułamku sekundy chuj trafia wschód słońca, dobry humor i plan dnia. Dymamy na zaś do miasta po bilety, wschód obserwując na środku jakiegoś pola ryżowego. Co więcej wymyślimy? Teraz już nerwy nie wiszą w powietrzu, tylko gotują nam mózgi, do spółki ze słońcem, którego pierwsze promienie zakładaliśmy poczuć w zgoła innych okolicznościach przyrody. Wiem już, że ten poziom irytacji musi prędzej czy później znaleźć ujście, ciekawe tylko gdzie.

***

Wróciwszy do miasta odnajdujemy szary, kwadratowy budynek, wzniesiony na miejscu wskazanym na mapie jako rzekome położenie owego zasranego muzeum. Budynek nijak nie przypomina centrum turystycznego, wokół pustki, otacza go wysoki płot. Co robimy?
– Ja bym objechał to naokoło, tam od tyłu są jakieś następne budynki – proponuję rozwiązanie.
– Po co? Tutaj możesz wjechać od tej strony – Paulina pokazuje na bramę prowadzącą z zupełnie przeciwnego kierunku.
Znowu nie możemy się dogadać. Spór kończy się na tym, że oboje wsiadamy na rowery i jedziemy w przeciwnych kierunkach bez słowa. Po trzech minutach, jednocześnie, z synchronizacją co do sekundy, podjeżdżamy z dwóch stron pod to samo okienko kasy sprzedającej bilety do Angkor. Bilety z nadrukowanymi, robionymi na miejscu zdjęciami, na których nasze wkurwione oblicza przypominają odbitki z kroniki kryminalnej.

***

Ciśniemy dziecięcymi rowerkami na zaś przez pola i dżungle w milczeniu. Za ostatnim szlabanem, przez który tym razem łaskawie zostajemy przepuszczeni, droga rozwidla się na prawo i lewo. Towarzyszka bez sekundy zawahania wybiera kierunek na lewo i bez oglądania się na mnie jedzie dalej.
– Ej, poczekaj no chwilę – wołam, chcąc skonsultować dalszą trasę z mapą.
– Co znowu? Mógłbyś zacząć jechać, zamiast gadać? – odwraca się przez ramię, zabijając mnie gniewnym wzrokiem.
– A mogłabyś zacząć ze mną rozmawiać, zamiast mi rozkazywać?
– Przyjechałeś tu rozmawiać, czy zobaczyć Angkor Wat? Wiem, gdzie jadę!
No i stało się to, co od poranka przeczuwałem jako nieuniknione. Po ponad trzech tygodniach wzorowej współpracy w obcym świecie, dwójka ludzi, którzy przed wylotem niemal się nie znali, po raz pierwszy na poważnie kieruje nadmiary frustracji przeciwko sobie nawzajem. Co ja mówiłem, że ujście irytacji musi się znaleźć? Nie chcąc przepowiadać przyszłości na głos wiedziałem już, co będzie tym ujściem. My sami. Od dwudziestu trzech dni żyjemy w sztucznej, dwuosobowej bańce pośród całkowicie obcej rzeczywistości, pozbawionej jakichkolwiek znajomych punktów zaczepienia, odreagowania, przeżywając na co dzień zapewne największe emocje w dotychczasowym życiu. Prędzej czy później, musiało do tego dojść.

***

Droga na lewo doprowadza nas wprost ku bramie najsłynniejszej, centralnej świątyni z pięcioma szyszkowatymi kopułami, znanej jak świat długi i szeroki jako Angkor Wat. W rzeczywistości Angkor tworzy kompleks kilkudziesięciu rozsianych po dżungli w promieniu trzydziestu kilometrów świątyń. Otoczona fosą, centralna budowla to po prostu najsłynniejsza z nich.
Zostawiamy skrzypiące rupiecie na stojaku obstawionym już setkami podobnych maszyn. Z oddali dostrzegam budę z prymitywnym żarciem. Nie wzięliśmy żadnego prowiantu, a ja całego dnia o suchym pysku spędzać nie zamierzam.
– Idę coś zjeść – oznajmiam autorytarnie.
– Chcesz to idź, poczekam – otrzymuję równie oschłą odpowiedź.

Brama Angkor Wat
Kamienny pomost, prowadzący do głównej świątyni

W drodze do budki z fast foodem zaczepiają mnie dzieci z pocztówkami za dolara, uczepiając się moich nogawek w geście błagania o zakup. Naczytałem się wiele o tym, jak za wszelką cenę należy unikać transakcji z owymi dziećmi. W trosce o dobro świata, oczywiście. Ponoć dzieci owe wykorzystywane są do wyciągania od turystów pieniędzy, które trafiają nie do nich, tylko do ich opiekunów. W zamian nie dostają należytej opieki i edukacji.
I wiecie, co na ten temat myślę? Pierdolenie. To, że się do czegoś przydają, motywuje ich opiekunów do zapewnienia im miski żarcia. W przeciwnym wypadku wyjadałyby resztki ze śmietników na ulicy. Edukacja? Poziomu angielskiego, matematyki, psychologii i ekonomii, który osiągnęły te dzieciaki wciskając turystom pocztówki, nie zapewniłaby im żadna kambodżańska państwowa szkoła. Do tego pocztówki są bardzo ładne i niedrogie, paczka dziesięciu za jedynego dolara. Na pohybel obesranym obrońcom moralności z watą zamiast mózgu, kupuję dwie paczki. Niech żyje kapitalizm.
“Nieco” drożej podliczają mnie całkiem zaopiekowani sprzedawcy żarcia. Tost z szynką plus woda mineralna cenią się do kupy pięć dolarów. Za ten hajs zjadłbym na mieście kilka bardziej wartościowych posiłków i wypił jezioro wody. Cóż, w takich miejscach jak Angkor obowiązują inne prawa ekonomii, nic nie poradzę.
Do stolika dosiada się Paulina.
– Tam nas z rowerami nie wpuszczą – oznajmia mi, wskazując na pomost prowadzący do dziedzińca centralnej świątyni.
Nie wpuszczą, to nie wpuszczą. Najwyżej później po nie wrócimy.
– Możemy już iść? – dziewczę zadaje retoryczne pytanie, gdy już ogarniam po sobie śmieci ze stolika.
– Możemy.
Kontynuując marsz milczenia, przemierzamy kamienny pomost nad kwadratową fosą kilka metrów od siebie, jak obcy ludzie. Po dotarciu na dziedziniec, rozdzielamy się. Jebać to, odpoczynek od siebie najwyraźniej pozostaje najlepszym rozwiązaniem sytuacji.
Zgubiwszy Paulinę z zasięgu wzroku, buszuję sobie po murach świątyni, to tu, to tam znajdując interesujące plenery. Zawrotna liczba turystów nie daje się odczuć na tak bezkresnej przestrzeni. Bez większych problemów można zabłąkać się w zupełnie opustoszałych zaułkach. Dumny ze swojego nowego, złotego telefonu cykam pamiątkowe zdjęcia w co bardziej interesujących plenerach.

Mury Angkor Wat
Mury Angkor Wat od zewnątrz

Dochodzę do budowli samej kopulastej świątyni. Słońce już w zenicie, jednak wciąż promienie jego światła tworzą kilka fascynujących refleksów na starożytnych hinduistycznych płaskorzeźbach w murach Angkoru. Faktycznie, wschód słońca musi być tutaj niezapomnianym widowiskiem. Cóż, widać tak miało być.

Płaskorzeźby Angkor Wat
Płaskorzeźby z czasów, gdy Angkor Wat była świątynią hinduistyczną

Na samą górę najwyższej, środkowej kopuły, prowadzą nieopisanie strome, wąziutkie schodki. Zaraz tam wjadę, można by powiedzieć. Widok ze szczytu powala, choć nie jakoś specjalnie bardziej, niż z dołu. Ot, po prostu zewsząd wygląda to wszystko zajebiście. Nie bez powodu ściąga tu tylu odwiedzających z całego świata.

Angkor Wat
Po lewej widoczny początek podejścia. Weź i spierdol się na grzbiet z takiej stromizny.

Schodzę na dół, dostrzegając kątem oka Paulinę, której w jednym z bardziej urokliwych zakątków za Jank… to znaczy za statyw służy tym razem selfie-kijek. Spoko, kłótnia kłótnią, jednak warto jakiś kontakt wzrokowy zachować. Wciąż głupio byłoby się zgubić.
***
Zszedłszy na ziemię, kieruję się do wyjścia w przeciwną stronę dziedzińca. Druga strona, co nieco zaniedbana, pozbawiona potoków turystów, prowadzi wąską ścieżką wgłąb dżungli. Tam spotykam Paulinę. Decydujemy się podjąć próbę wspólnego przemarszu. Przeciwległy trakt urządzony jest analogicznie do najczęściej użytkowanego, acz na pierwszy rzut oka widać, iż wymknął się spod pieczy konserwatorów i przewodników. Zapuszczona ścieżka prowadzi nas do niewielkiej świątynki tuż u brzegu fosy, w której odprawia modły samotny mnich w pomarańczowej szacie. Podchodzimy bliżej.
Mnich wychodzi ku nam na powitanie, wręczając kadzidła.
– Złóżcie pokłon Buddzie – instruuje nas na powitanie.
Paulina bierze do ręki odpalone pręciki kadzideł, ochoczo odczyniając wskazywane rytuały. Ja nie chcę tego robić.
– Dziękuję, jestem chrześcijaninem – w miarę możliwości uprzejmie odmawiam współuczestnictwa w obrzędzie.
Mnich uśmiecha się życzliwie, wracając do wnętrza obrośniętej lianami świątynki. Zlewam całe widowisko, czekając na zewnątrz na Paulinę.

Mnich w Angkor Wat
Mnich modlący się w jednej ze świątyń Angkoru. Wprawdzie nie tej samej, o której mowa powyżej, jednak obrazek poglądowy mniej więcej oddaje klimat sytuacji

Zakończywszy buddyjskie ceremonie, Paulina dołącza do mnie. Wychodzimy do dżungli z drugiej strony głównego, otoczonego kwadratową fosą placu. Z tej strony nie uświadczymy reprezentacyjnego pomostu, tłumu zwiedzających, stojaków z setkami rowerów, ani budek z tostami za pięć dolarów. Zamiast tego musimy przeciskać się przez wiejską, drewnianą bramę, prowadzącą w środek lasu. Chcielibyśmy mieć tutaj zdjęcia, toteż chcąc nie chcąc zawieramy chwilowy sojusz, mający na celu cyknięcie fotek.

Angkor Wat z tyłu
Druga strona świątyni, wkurwiony Janek, drewniane drzwi do lasu

Główna świątynia zwiedzona od każdej strony, wszystko fajnie, tylko… co teraz? Musimy wrócić po rowery. Przecież nie pójdziemy dalej z buta.
– Chodź z powrotem, objedziemy rowerami te fosy i pojedziemy dalej – nie dopuszczając sprzeciwu zarządzam sposób działania.
– Chyba żartujesz, że mamy się teraz wracać kilkaset metrów, po to żeby znaleźć się w tym samym miejscu – Paulina bez zawahania rusza wgłąb lasu.
– Chuj mnie obchodzi kilkaset metrów, kiedy mamy do przejścia trzydzieści kilometrów!
Każdy, ale to dosłownie i absolutnie każdy przewodnik, każda relacja, każde opracowanie dostępne w internecie kategorycznie zgadzają się w jednym – nie ma chuja, żeby przejść Angkor na piechotę. To jest po prostu niemożliwe. Zewsząd zalecanym środkiem transportu pozostaje skuter, tuk-tuk lub taksówka. Rower pojawia się jako ostateczna opcja dla najbardziej zdeterminowanych i wytrwałych. O marszu z buta – nikt nawet nie wspomina.
– Kurwa, chcesz tu chodzić na piechotę? – wykrzykuję ostatni apel do towarzyszki.
– Chcesz to się wracaj, ja nie zamierzam – taką dostaję odpowiedź i oglądam plecy.
Ja pierdolę, przecież się tu nie rozdzielimy w środku dżungli, nawet nie mamy jak do siebie zadzwonić. Chcąc nie chcąc, maszeruję dalej. Jebać ten Angkor, ja nie podróżuję dla zwiedzania, mimo to warto byłoby nie zginąć.

***

Nawet przekupki wciskające mi kosztujące niebotyczne sumy szmaty, które na targowisku w Phnom Penh mógłbym kupić za dolara, nie są w stanie wyprowadzić mnie bardziej z równowagi. Ich stoiska mijamy po kilkuset metrach marszu milczenia przez las, dochodząc już do głównej drogi. Za kilka minut meldujemy się przy rozstaju asfaltowych dróg, tuż za bramą wjazdową na teren kompleksu, na którym po raz pierwszy puściły nam nerwy. Znalazłszy się już na asfalcie, gratis dla “poprawy” nastrojów dostajemy przyczepionego do nas tuk-tukarza, który dobrotliwie uświadamia nam, że bez jego pomocy za kilkadziesiąt dolarów, z całkowitą pewnością tu zginiemy.
– Nie chcemy pomocy – półgębkiem na pierwszy rzut mówię mu ja.
– Nie! – mniej owijając w bawełnę zlewa go Paulina.
– Daj nam spokój! – mówimy na raz oboje, gdy po kilku podejściach nadal nie chce się odczepić.
– To umierajcie tutaj – życzy nam naciągacz, oddalając się wreszcie.
W jego nieproszonym towarzystwie zdążyliśmy przeleźć kolejne kilkaset metrów, nie wiadomo dokąd. Ciągle idziemy asfaltem, tym razem w stronę przeciwną niżli pierwotny skręt w lewo, który obraliśmy za pierwszym razem mijając rozjazd.

Nie mogąc dojść do porozumienia w kwestii dalszego planu wędrówki, czynimy otaczający nas kawałek dżungli niemym świadkiem punktu kulminacyjnego pierwszej i ostatniej poważnej kłótni, której jest nam dane doświadczyć podczas całego wyjazdu. Biedne drzewa zapewne od czasów starożytnego imperium Khmerów, nie nasłuchały się tylu “kurew”. Cóż, nie pozostaje nic innego, jak dreptać dalej.

Dochodzimy do niewielkiej świątynki Prasat Kravan na prawo od szosy. Nic specjalnego, kilka rozdupconych murków i bajoro, trzy minuty i po sprawie. Wiem o tym ja, wie o tym także Paulina, co nie przeszkadza jej przedłużać pobytu na terenie tejże ruiny, ku mojemu wkurwieniu robiąc sobie 150 fotek na tle każdego kamienia. Siadam na pozostałym w jednym kawałku murku i odpalam szluga za szlugiem dla uspokojenia. “Niech no się tylko odezwie” – myślę sobie, przygotowując w głowie taką wiązankę, żeby odechciało jej się wszelkich kłótni ze mną.
Nie odezwała się.
Przemierzamy dalej las w milczeniu. Oczywiście kilkanaście metrów od siebie, jak dwoje nieznajomych, którzy akurat przypadkiem znaleźli się jako jedyni w tej samej dżungli. Przebywszy w ten sposób kilka kilometrów, napotykamy przydrożną, bambusową chatkę, zaaranżowaną na restaurację. Niby wszystko się zgadza – stoliki są, menu jest, tylko gości brak. Na powitanie wychodzi ku nam z chatki starsza kobieta, zapraszając nas machaniem i wołaniem na darmowe “drink tea, come on”.
Spragnieni potwornie, spaleni południowym słońcem przystajemy na propozycję zgodnie, choć z osobna. Kobitka zastawia nam filiżankami jeden i ten sam stolik dla obojga, na środku umieszczając imbryk z herbatą. Przez chwilę noszę się z zamiarem przestawienia swojej filiżanki do innego stolika. W końcu myślę sobie “aaa, jebać, o co my się właściwie kłócimy?”. Zajmuję miejsce obok Pauliny, delektując się smakiem jednej z lepszych herbat, jakie w życiu piłem.
– Wiesz co, fajny ten Angkor, ale przyjemniej chodziłoby mi się z kimś, zamiast samemu – wypalam, nie licząc na przyjazną odpowiedź.
– To nie pyskuj – odpiera Paulina.
– To mnie nie wkurwiaj – odpowiadam ja.
Przez chwilę wymieniamy nienawistne spojrzenia. Po upływie kilku sekund nienawiść ustępuje miejsca przekornemu uśmiechowi. Zdajemy sobie sprawę, że od pośpiechu i słońca odjebało się coś niewytłumaczalnego. Za następne kilka chwil śmiejemy się z całej sytuacji.
– W sumie, też wolałabym chodzić tu z kimś – wznawia rozmowę Paulina.
– OK, znam kogoś, kto może ci potowarzyszyć.
Minuta wystarcza, aby wszelkie wspomnienia kłótni odeszły w zamierzchłą przeszłość. Najwidoczniej to właśnie było wówczas potrzebne. Parę cierpkich słów, wybuch wkurwienia i błyskawiczne pogodzenie oczyściły zgęstniałą atmosferę całkowicie. Jebać, że wypuściliśmy się na podbój Angkoru z buta. I co, niby nie damy rady?

Dalsze losy zmagań z dżunglą, ruinami i nieludzkim upałem możecie prześledzić tutaj.

Fragment pochodzi ze zbioru wspominek z podróży po Azji Południowo-Wschodniej w 2016 roku.

Dodaj komentarz