Judeoentuzjazm w drodze do Ammanu (odc. 3 z Bliskiego Wschodu)

Wizyta w kibucu

Czwartego dnia bliskowschodniej przejażdżki opuszczam Jerozolimę i zaczyna się heca – mianowicie wylotówka, kciuk w górze i w pizdu, aby do przodu. Na początek ułatwiam sobie zadanie za pomocą palestyńskiego busika za kilka złotych, który wywozi mnie na pustynię w stronę Jerycha, a dokładnie do miejsca nazwanego na mapie Micpe Jericho (które wizualnie ciężko nazwać miastem albo choćby wsią), co by oszczędzić mi dymania przez kilka godzin piechotą do jako-tako przyzwoitego wyjazdu z Jerozolimy.

Tutaj uwaga: busy w stronę Jerycha odjeżdżają z dworca pod Bramą Damasceńską, ale nie z tego, który z miejsca rzuca się w oczy, skąd jechałem choćby do Betlejem. Jest drugi dworzec, ze sto metrów na prawo, stojąc plecami do Bramy – jakieś 10 razy brudniejszy i gorzej oznakowany. Połączenie bezpośrednie w rejony Jerycha nie istnieje, ale wystarczy pierwszemu lepszemu kierowcy powiedzieć nazwę miejscowości, do której się jedzie. Wsadzą do tego pojazdu, który podąża najbliżej danego kierunku, gdzieś na trasie kierowca pomoże się przesiąść, kolejny kierowca tak samo, i kolejny…

Zważywszy, że celem wyprawy tego dnia jest dostanie się do Ammanu, po analizie mapy można by stwierdzić, iż nic prostszego – taki kawałeczek to się dojedzie na rowerze. Tylko parędziesiąt kilometrów do przejścia granicznego Allenby Bridge, następne parędziesiąt do miasta i z głowy. Dupa zbita, nic z tego. Dziwna polityka imigracyjna postarała się, żeby nie było tak kolorowo. Strona jordańska postanowiła nie wydawać tam wiz on arrival, które wydaje bez problemu na wszystkich innych przejściach, zaś strona żydowska ustaliła opłatę wyjazdową dwukrotnie wyższą niż gdzie indziej, czyli 200 szekli, przy 100 na pozostałych granicach. Pomimo iż Allenby Brigde leży pomiędzy Jordanią a Autonomią Palestyńską, to kontrolę graniczną sprawują służby izraelskie. Wobec powyższych złośliwości nie pozostaje mi nic innego, jak kierować się do północnego przejścia granicznego na moście Szejka Hussaina na Jordanie (Jordan River Border Crossing).

Autostop na Zachodnim Brzegu

Szybko łapię krótkiego stopa z okolic Micpe Jericho do skrzyżowania dwóch głównych dróg na Zachodnim Brzegu, czyli krajowej “1”, którą dotąd jechałem i krajowej “90”, którą odbijam na północ. Przemiły pan z pick-upa wysadza mnie pośrodku absolutnie niczego – wokół jedynie piaski Pustyni Judzkiej i jeden stary przystanek autobusowy, pamiętający pewnie jeszcze czasy wojny sześciodniowej. Ciekawe, kto na nim wsiada i wysiada? I w co?

Pustynia judzka
Przystanek na Pustyni Judzkiej

Odpowiedź na pierwsze z pytań spada z nieba już po minucie. Zatoczka przystanku jak znalazł pod łapanie stopa. Wsiadam zatem ja, gdy zatrzymuje się pierwsze auto, na które zdążam machnąć. W środku czarnowłosy mężczyzna około czterdziestki akurat gada przez telefon, gdy ja zajmuję miejsce, toteż przez pierwsze kilka minut przejażdżki nie mam możliwości poznać się z moim dobroczyńcą.
– Dokąd jedziesz? – pyta w końcu, odkładając telefon.
– Do granicy z Jordanią, do Bet Szeasza… coś tam. Janek jestem – przedstawiam się na wstępie.
– Ja jestem Tahriff (???) – jego imię brzmi na tyle szeleszcząco i składa się z tylu nieznanych mi dotąd głosek, że nie ma opcji, bym zapisał je teraz poprawnie.
W każdym razie jest na “T”, nazywajmy go zatem odtąd “kierowcą”, bez wchodzenia w szczegóły.
– Ja też jadę w te rejony, mogę cię zawieźć na miejsce, tylko jeśli nie będzie ci przeszkadzać wizyta u mojego brata po drodze w kibucu – oferuje mi kierowca, sądząc po minie na serio zatroskany, że dodatkowy postój może mi nie odpowiadać i zaburzyć plany.
No kurwa, panie, ja jestem wniebowzięty! Ha, dla takich momentów ja jeżdżę po świecie, a wizyta w kibucu miałaby mi przeszkadzać? Oczywiście, że jedziemy!

Po ujrzeniu mojej entuzjastycznej reakcji na propozycję odwiedzin u brata, kierowca dostrzega we mnie dobrego kompana do rozmowy, która zaczyna kleić się błyskawicznie. Zaczynamy od mojej misji, czyli tego skąd się tu wziąłem, dokąd jadę, wszystkie kraje świata do czterdziestki, itd. Tamten również lubi sobie popodróżować, był już na kilku kontynentach, a jego sposób poznawania świata jest, co nie często się spotyka, dość zbliżony do mojego. Opowiada mi historię pobytu w Hiszpanii, gdzie na dyskotece poznał Niemkę. Owa sytuacja rozwinęła się na tyle obiecująco, że skończyli razem w pokoju hotelowym.
– A tamta zaczyna płakać! Myślę sobie, o co chodzi? – kontynuuje opowieść kierowca.
O co mogło dziewczynie chodzić?
– Jak dowiedziała się, że jestem żydem, to zaczęła mnie przepraszać za holokaust, czaisz?! – wybucha śmiechem, do dziś dnia najwidoczniej rozbawiony tamtą sytuacją.
Ponoć Niemka popłakała się na wspomnienie tego, co jej przodkowie wyrządzili przodkom mojego dobroczyńcy.
– A ja do niej mówię, śmiejąc się: daj spokój, co mnie to teraz obchodzi, chciałem tylko poruchać! – zmierza do szczęśliwego finału historii owego specyficznego pojednania żydowsko-niemieckiego na hiszpańskiej ziemi.

W ten sposób, dobrze ubawieni, mknąc krajową 90-tką przez Pustynię Judzką, sami płynnie przechodzimy na tematy historyczne. Wbrew powszechnemu mniemaniu na temat postawy żydów w tej kwestii, mój towarzysz prezentuje całkowicie zgodny z moim światopogląd.
– Roszczenia teraz niby jakieś chcą od Polski! – zaczyna oburzony działaniami niektórych swoich współplemieńców.
– Niby za co ja mam mieć do Polski jakieś roszczenia? To Niemcy napadli na Polskę i wywołali wojnę. My tu mamy swoją plantację daktyli, z niej żyjemy od pokoleń, w życiu nie miałem w Polsce żadnej kamienicy, więc czemu ja, jako żyd, miałbym od ciebie, jako Polaka, czegoś żądać? A nawet jeśli kiedyś jakiś Polak zabrał coś jakiemuś żydowi, to jest to sprawa między rodziną tego Polaka i tego żyda, a nie między całymi narodami.
Facet robi duże wrażenie swoją znajomością tematu. Wie o tym, ilu Polaków zginęło podczas drugiej wojny światowej. Wie też, jak zdradzeni zostali powstańcy warszawscy. Co ciekawe zna także powojenne losy Polski, jak we własnym kraju potraktowani zostali żołnierze Armii Krajowej. Pomimo dużej dozy sceptycyzmu wobec poglądów politycznych narodu żydowskiego, z którą ruszałem w tę podróż, teraz nie pozostaje mi nic innego, jak przytakiwać.

– To tutaj – mówi kolega, odbijając w niewielką gruntową dróżkę na lewo przez pustynię.
Wkrótce później dojeżdżamy do ogrodzonego, ściśle strzeżonego kibucu. Kibuc jest rodzajem wspólnoty żydowskiej – takiej niewielkiej, samowystarczalnej komuny, w której żydzi osiedlają się, aby razem mieszkać i pracować. To właśnie o takie osiedla na Zachodnim Brzegu Jordanu, jak to, do którego wjeżdżamy, toczą się nieustanne przepychanki żydowsko-palestyńskie. Na pierwszy rzut oka widać, że życie nie należy tu do najspokojniejszych, pomimo sielskiego, rozpalonego słońcem, leniwego krajobrazu, roztaczającego się wokół. Do przejazdu przez bramę w wysokim płocie pod prądem, z drutem kolczastym na górze, potrzeba przepustki, którą kierowca pokazuje na wjeździe dwóm uzbrojonym w UZI żołnierzom, strzegącym kibucu. Przejeżdżamy przez dość złowrogo wyglądającą kontrolę i przetaczamy się przez wioskę, urzekającą jak hobbiton, ciasnymi, zadbanymi uliczkami pomiędzy równie zadbanymi, parterowymi domkami. Na podwórkach żydzi uprawiają sobie jakieś owocki, warzywka, hodują drób albo po prostu bawią się z dziećmi na trawniku. Parkujemy pod domem brata.

Brat z bratową i ogromnym labradorem wychodzą na powitanie, serdecznie ściskając się z kierowcą. Yyy… trochę mi tak głupio, co ja tu robię właściwie? Po chwili nowy kolega wyjaśnia rodzinie genezę mojego pobytu na ich podwórku i zaczynają z bratem targać jakieś ciężkie kartony z bagażnika do domu. “Wypadałoby pomóc” – myślę sobie.
– Nie, nie, chodź do środka Janek! Jestem Sara – przedstawia się bratowa i z promiennym uśmiechem zaprasza mnie do domu.
– Dziękuję, ale na pewno? Przecież pomogę.
– Nie trzeba, zaraz skończymy – nie pozostawiają mi wyboru.
Trochę nieśmiało kieruję kroki do środka. Od razu ucieszyłem się na możliwość wizyty w kibucu, ale takiego stopnia gościnności wobec obcego autostopowicza, to szczerze mówiąc w najśmielszych snach bym się nie spodziewał.
– Nie wstydź się, butów nie musisz zdejmować – Sara uśmiecha się do mnie, jakbym ja sam był jej szwagrem, a nie przypadkowym typem, co stał godzinę temu na pustyni.
Buty oczywiście i tak zdejmuję, tym bardziej widząc nieskazitelnie czystą podłogę odjebanego na błysk, klimatyzowanego mieszkania. Gospodyni otwiera przede mną prawie pełną lodówkę.
– Za wiele nie mamy, nie spodziewaliśmy się gości, ale pewnie zjadłbyś to? A to? A to? A tamto? – wciska mi kolejno wszystkie możliwe produkty żywnościowe, a ja za każdym razem grzecznie odmawiam, bo głupio mi tak wpaść i wyżerać komuś z lodówki. Z drugiej strony głupio mi też odmawiać bez przerwy, nie pozwalając komuś okazać dobroci.
– Ale piwa to musisz się z nami napić! – na koniec propozycji Sara wciska mi w rękę butelkę zmrożonego Heinekena.
O! Trafiła w punkt. I ja z chęcią miły gest przyjmę, i lodówki nie obeżrę na krzywy ryj – salomonowe rozwiązanie.

Gospodyni podejrzewa, że lot z Polski do Izraela musi kosztować fortunę. Ciężko opisać jej zaskoczenie, gdy dowiaduje się, że dałem całe 150 zł, co i tak nie było najlepszą promocją.
– Poważnie?! Jakim cudem? Pokaż, bo nie uwierzę.
Wchodząc na stronę popularnego irlandzkiego przewoźnika, tłumaczę jej, jak izraelski rząd dopłaca do biletów, co by zachęcić polskich turystów do odwiedzin.
– Patrzcie, naprawdę to tyle kosztuje – zdumiona Sara pokazuje cennik mężowi i szwagrowi.
– To co, lecimy na wakacje do Polski! – cieszy się brat kierowcy.
– Zapraszam! – zwracam się do nich szczerze, a nie tylko kurtuazyjnie.
– Tak w ogóle, to moja babcia urodziła się pod Warszawą – opowiada przemiła kobieta, sprowadzając cały tok rozmowy na Polskę.
Gadamy tak sobie jeszcze dobre pół godziny o tym, co u kogo słychać, czym się zajmuje, itp.

– Janek, będziemy musieli już jechać – oznajmia kierowca, tak samo jak wszyscy uczestnicy spotkania zasmucony tym, że czas mija nieubłaganie i najwyższa pora się rozejść, jeśli ma w planach dzisiaj załatwić swoje sprawy na północy, a ja mam dotrzeć do Ammanu.
Na odchodne Sara wręcza mi torebkę kanapek z tahini i ostrą kiełbasą, które od kilku minut wytrwale rzeźbiła w trakcie rozmowy, ale ja nie spodziewałem się, że to dla mnie. Do tego pomidorki. Wychodzimy jeszcze zrobić sobie zdjęcie na podwórku, kierowca pokazuje mi jak składują świeże daktyle z plantacji, przy okazji, oczywiście, obdarowując mnie wiaderkiem tychże. Cały prowiant ledwie mieści mi się do plecaka. Nawet nie wiem jak im dziękować przy pożegnaniu…

Wizyta w kibucu
Od lewej: Sara, jej mąż, kierowca, mistrz Jan

Świeży daktyl
Świeży daktyl

Ciągnąc za sobą tuman kurzu, wracamy na główną drogę. Nieopodal skrętu na kibuc mijamy hordę Palestyńczyków przyodzianych w obdarte szmaty, rozwalające się sandały, całych oblepionych piachem, drących ryje, wymachujących łapami, w których niosą jakieś rupiecie.
– Przychodzą tutaj co jakiś czas rzucać w wioskę kamieniami – obojętnym tonem objaśnia mi kierowca.
– My im dajemy pracę, zrobiliśmy tu kanalizację, wykopaliśmy studnie. Ta ziemia, na której mieszkamy, od kilku pokoleń należy do naszej rodziny, a żydzi mieszkali na tej pustyni od setek lat. Inaczej nie stałby tu kamień na kamieniu, nawet szczurów by nie było. Przez dziesięciolecia budowaliśmy tu cywilizację, żeby było cokolwiek. A oni teraz przychodzą z kamieniami i domagają się, żeby im oddać, bo to niby ich. Ludzie na świecie mówią o nas, że jesteśmy źli, bo z tym walczymy, ale zobaczysz Janek, jeszcze kilkadziesiąt lat i tak samo będziecie walczyć z nimi w Europie, jeśli tak dalej będziecie ich przyjmować. Powiedzą, że wasz kraj nie jest wasz, tylko ich. My nie budujemy płotów, dlatego że jesteśmy gorszymi ludźmi niż Europejczycy. Jesteśmy tacy sami, tylko mamy kilkadziesiąt lat więcej doświadczenia z tą hołotą.

Poznawanie świata takim, jakim jest, a nie jak się o nim gada, potrafi przewrócić niejeden światopogląd do góry nogami. Dobroczyńca podwozi mnie pod samą bramę przejścia granicznego, życzy powodzenia i zostawia z myślami o tym, czego właśnie doświadczyłem, u wrót do nowego, nieznanego kraju. O tym, jak wita mnie Jordania, wszystko opowiedziane jest już na filmikach.

Dodaj komentarz