Ciszej, uszanuj Ha Long!

Zatoka Ha Long

Są na świecie miejsca powszechnie uznawane za “piękne”. Bo tak wszyscy mówią, bo są bardzo stare, bo budowla jest bardzo wielka, ma dużo ozdobnych dupereli albo zaprojektował ją jakiś znany facet. Bo góra jest wysoka, bo las wyjątkowo zielony, bo coś tam, coś tam… Bo tak i już, nie dopytuj, tylko się zachwycaj. Jakież zaskoczenie, kiedy olbrzymia większość z nich, po przeciśnięciu się przez hałaśliwe stado turystycznych matołów z kijkami, okazuje się żałosną namiastką monumentalnych krajobrazów, przedstawianych na przejechanych tysiącem filtrów zdjęciach. Zdjęciach z wyciętymi hałdami śmieci, naciągaczami od “one dollar, my friend” i tym całym gównem, przez które ktoś, kto udaje się w podróż, a nie na wycieczkę, zazwyczaj omija je szerokim łukiem.

Wszystko wszystkim, turystą to ja nie jestem. Ale z drugiej strony zamykanie się na nowe miejsca, tylko dlatego, że są popularne, może okazać się wylewaniem dziecka z kąpielą. Mimo wszystko głupio w Paryżu nie zobaczyć wieży Eiffla, a i przyznać trzeba, że niektóre z tych miejsc są naprawdę ładne.

Osobną kategorię wyznacza Zatoka Ha Long na północy Wietnamu. Czy jest to miejsce turystyczne? Najłatwiej przekonać się o tym podczas krótkiego spaceru ulicami Hanoi, gdzie sprzedawcy wycieczek do Ha Long napastują Bogu ducha winnego człowieka z większą nachalnością niż Jechowi wciskający ulotki pod drzwi. Zdawałoby się, że niezła ściema musi być z tej całej Zatoki, skoro z taką zapalczywością tępym Amerykanom wciskają wycieczki szemrani naciągacze. No i racja, tylko by się zdawało. Zamiast z góry skreślać każde miejsce, gdzie pojawia się ktoś więcej niż tylko zarośnięci pustelnicy, wypada sprawdzić, jak tam jest naprawdę, co niniejszym zamierzamy uczynić.

Dzień w Zatoce Ha Long

Co jak co, kac po gorącej jak zupa wódce nie pomaga zebrać się o piątej z wyra, po którym od czasu do czasu przebiegnie się na poranny jogging 5-centymetrowy karaluch. Nasz skromny, bezokienny hotelik w centrum Hanoi oferuje na wyposażeniu kilka zwierzątek domowych w gratisie. Nie dane nam będzie dłużej nacieszyć się ich towarzystwem, gdy spod zamroczonych poprzednią nocą powiek dostrzegam godzinę, którą wskazuje zegarek na moim telefonie. Kurwa! Ja pierdolę, za kwadrans przyjedzie po nas bus, a piwo na drogę nie kupione!

Po uporaniu się z porannymi trudnościami logistycznymi i dwugodzinnej drodze, meldujemy się wraz z gromadką wesołych debili ze zorganizowanej wycieczki na betonowym nabrzeżu Zatoki Ha Long. Całe szczęście, że wynegocjowaliśmy kajak, którym będzie można odłączyć się od towarzystwa (absolutna podstawa, kto by się wybierał – niech pamięta o kajaku!). To dzięki niemu dane nam będzie już niedługo zobaczyć TO… Po posiłku na statku, dobijamy przez wody Zatoki, z której już z oddali onieśmielają strzeliste skały, pomiędzy którymi manewruje statek, do pływającej wioski, skąd na prowizorycznym, drewnianym nabrzeżu, gromadka podlega segregacji na frajerów, którzy kajaka nie wynegocjowali oraz sprytniejszych, którzy tego dokonali. Zresztą, co ja będę pieprzył. Lepiej oddam głos samemu sobie, stojącemu jeszcze na rampie do załadunku na kajaki…

Zatoka Ha Long z oddali
Wyspy Zatoki wyłaniają się z oddali

Przywitanie z Zatoką Tysiąca Wysp za nami. Łódź z wolna przybija do pływającej przystani, gdzie ruch „wodny” staje się coraz gęstszy. Wygląda to na miejscowe centrum portowo-turystyczne. Zlezienie kładką, wyłożoną pomiędzy kołyszącą się łódką, a kołyszącą się przystanią, to wyzwanie podniesione do kwadratu, względem wcześniejszych wspinaczek. Obyło się bez ofiar.
– Proszę ustawić się parami – w rolę przedszkolanki wciela się przewodnik.
Grzecznie poustawiane bydełko jest już gotowe do procesu segregacji. Kto zapłacił za kajak, sortowany jest do kolejki na kajak. Kto nie, ten może się oblizać i won na zbiorowe łódki, sterowane przez wioślarzy. Kto za kajak nie zapłacił, lecz jest na tyle sprytny, że wynegocjował go w cenie podstawowej, ten może pośmiać się w twarz frajerom, którzy płacili tyle samo, a zatokę zobaczą sobie z pokładu bydlęcej łódeczki, ubezwłasnowolnieni w towarzystwie dwudziestu osób na trzy metry kwadratowe. Miłego wypoczynku.

 

Zatoka Ha Long z bliska
Coraz głębiej w wody Zatoki

Jako ostatni czekamy na własny środek transportu, starając się wybrać w miarę możliwości nie utytłane w jakimś gównie i nie rozwalone kamizelki, co w owym połączeniu nie jest łatwym zadaniem. Udaje się znaleźć dwie sztuki, od których nie zbiera się na rzygi po samym spojrzeniu, a do tego mają chociaż z jeden sprawny zamek. Zabezpieczywszy reklamówką po browarach wszystko, co działa na prąd i nie lubi wody, gramolimy się niezdarnie do kajaka i cała naprzód.

Cała naprzód przez pierwsze dwie sekundy. Pisk przerażenia z przedniego miejsca pasażera chwilowo przerywa dziewiczy rejs.
– Kuźwaaa! Nie rzucaj tym tak! – brzmi literalna treść pisku.
No, że też ja sam na to nie wpadłem. W sumie nie miałem zamiaru specjalnie bujać kajakiem, ale trzeba przyznać, iż to świetny pomysł.

Płyniemy parę metrów dalej, a przednia zabawa trwa. Wystarczy rozbujać kajak wiosłem lekko na boki, ażeby cały, nieskalany ludzką ręką, dziki krajobraz rozdarł wpadający w ultradźwięki pisk, słyszalny pewnie w Ha Noi. Normalnie jak automat. Jebniesz prawym wiosłem – pisk. Lewym – dwa piski. Można grać, niczym na perkusji. Tylu wrzasków, w akompaniamencie śmiechu, Zatoka Ha Long pewnie jeszcze nie słyszała. Przepływamy obok pływającej wioski, gdzie co i rusz dobijają inne łódki, wywołując fale dodatkowo bujające naszym kajakiem. Ja już nie muszę nic robić, zabawa trwa. Samograj 🙂

Przepłynąwszy z trudem kawałek, dostrzegamy wlot do jaskini pod jedną ze skał, prowadzący na przestrzał do jednej z tysięcy mini zatoczek wciśniętych pomiędzy strzeliste ściany. Płyniemy tam! Zadanie się komplikuje, ponieważ trzeba koordynować ruchy nie tylko nadając łodzi rozpęd, lecz także odpowiedni kierunek. Co jak co, to zadanie z współpracy grupowej level hard. Teraz już naprawdę staram się pomagać, a nie przeszkadzać, jednak moje szlachetne pobudki nijak nie wpływają na częstotliwość dźwięków wydawanych przez Paulinę.
– Odłóż to wiosło! Nic już nie rób, ja wiosłuję! – pada w moim kierunku kategoryczny rozkaz.
OK, jestem w stanie przystać na taki układ. Mam jeszcze piwo, nic tylko rozkoszować się przejażdżką.

 

Piwo w Zatoce Ha Long
Ktoś musi wiosłować, by opierdalać mógł się ktoś…

Błogostan trwa. Wytrwała galerniczka, chwilowo uspokojona, ciągnie łódkę wprost do wlotu jaskini, a ja mogę sobie kontemplować. Z trudem wpływamy w wąski przesmyk, z niecierpliwością oczekując, co nas zastanie po drugiej stronie. Lawirując pomiędzy stalaktytami zwisającymi pod sklepieniem, coraz szerzej otwieramy oczy, oglądając TO, co przed nami odkrywa natura. Wpływamy z wolna na turkusowe, krystalicznie przejrzyste wody zatoczki otoczonej zewsząd przez skały. Ustają śmieszki, ustają rozmowy… Boże kochany, ja pierdolę!!! W życiu nie śniłem o czymś tak arcypięknym. Kurwa, nie mam słów. Pan Bóg musi przyjeżdżać tu na wakacje. Wszędzie wkoło pionowe urwiska, porośnięte tropikalną roślinnością, pomiędzy którymi rozlewa swe wody jedno z tysięcy głębokich, turkusowych jezior. A my na środku. Z wrażenia nie możemy wydobyć z siebie głosu. Po paru minutach, gdy zaczynamy dochodzić do siebie po pierwszym szoku, mówimy tylko szeptem, nie chcąc psuć rozmową przytłaczającej ciszy i piękna, które dopiero co ukazało się naszym oczom.

Dosłownie głos więźnie w gardle. Rozwaleni na łopatki tym dziełem natury oddychamy powoli, pilnując, aby w najdrobniejszy sposób nie zmącić wszechogarniającej, majestatycznej ciszy. Ciszy. Takiej ciszy, że słychać własne serce. Gęba rozwarta na oścież.
– Ja… pierdolę… – wydobywam z siebie pierwszy szept.
– Zamknij się, cicho – upomina mnie Paulina.
I ma rację. Żadne nagrania, zdjęcia, filmy, pocztówki, nie mają najmniejszych szans oddać choćby jednego procenta uroku tamtego miejsca. Chwilowo nie mam ochoty pić piwa, żartować, drażnić się. Chcę chłonąć ten krajobraz, który swoim widokiem odebrał nam mowę. Boże! Każdy powinien TO zobaczyć, choćby jeden raz w życiu.

Fragment pochodzi ze zbioru wspominek z podróży po Azji Południowo-Wschodniej w 2016 roku.

Dodaj komentarz