Ściana Śmiechu (odc. 1 z Bliskiego Wschodu)

Ściana Płaczu

Izrael, wbrew pozorom, jest krajem dość mocno zróżnicowanym i niejednorodnym. Tel Awiwski chlew, wymieszany z bogactwem i wszechobecną promocją dewiacji seksualnych powinien posłużyć za temat na osobny wpis, tak jak i mnie posłużył za temat na osobny pobyt, gdy przy okazji pierwszego pobytu postanawiam uciekać od razu do Jerozolimy.

Ta z kolei, dla odmiany i ku memu wielkiemu zaskoczeniu, okazuje się miastem, ujmując sprawę skrótowo, zajebistym! Banalnych frazesów typu „tygiel kulturowy”, itp. pada przy okazji jej opisów tysiące, ale w sumie tysiąc innych miejsc można opisać tym samym sposobem, który treści niesie za sobą tyle, co nic. Gdzieś można sobie wsadzić wyuczoną historię, analizy społeczne i przekonania religijne, kiedy widzisz żyda robiącego interesy z Arabem na straganie obwieszonym setkami różańców w wąskiej, zaciemnionej, brukowanej uliczce, gdzie dwa tysiące lat wcześniej Szymon Cyrenejczyk pomagał nieść krzyż Jezusowi, bo ta ciemna uliczka to akurat… Droga Krzyżowa. Klimatu starego miasta Jerozolimy nie sposób porównać z żadnym innym miejscem w Izraelu i zapewne również na świecie.

Póki co mniejsza z tym, na pewno będzie czas opisać Jerozolimę dokładniej, bo i jest o czym rzeźbić. Podobnie po dotarciu do hostelu „Hebron” w samym centrum arabskiej ćwiartki starego miasta (przy samej Drodze Krzyżowej), nie mam czasu specjalnie rozwodzić się nad urokami otaczających mnie zaułków, aby nie przegapić całkiem interesującej hecy, jaka wyprawia się co piątek pod Zachodnią Ścianą Drugiej Świątyni (Western Wall), zwanej potocznie Ścianą Płaczu. O ile w labiryncie jerozolimskich uliczek nie jest wielką sztuką zagubić kierunek marszu, o tyle w to szczególne popołudnie sprawę ułatwiają setki żywych GPS-ów, gnających na złamanie karku, nieomal potykając się o własne pejsy, co by zdążyć przed zachodem słońca w to samo miejsce.

Ściana Płaczu
Ściana Płaczu w szabatowy wieczór

Na wejściu każdy zmuszony jest przejść kontrolę niczym na lotnisku, co w sumie chyba ma swoje logiczne uzasadnienie. Gorzej, że w dzień szabatu, surowo zabroniono wnoszenia aparatów i używania telefonów, co nieco utrudnia udokumentowanie odbywającego się przedstawienia, ale dla chcącego nic trudnego, jak się okazuje.

Ktoś, kto wymyślił (notabene na miejscu praktycznie nieużywaną) nazwę Ściana Płaczu, najwidoczniej odwiedził ją w jakiś inny dzień tygodnia, bo ja na ten przykład, to w życiu nie widziałem tylu setek ludzi tak świetnie się bawiących bez alkoholu i narkotyków. Nieprzebrany tłum żydów, skaczących, tańczących, śpiewających i prujących krtanie wniebogłosy podczas wznoszenia modłów, rozdzielony został lichym płotkiem na część męską (3x większą) i kobiecą (3x mniejszą). Przygodny, nieżydowski turysta jak Janek, całość może sobie obejrzeć zza barierki, gdzie to już zwłaszcza, ale to zwłaszcza, nie wolno robić zdjęć 🙂

Dodaj komentarz