One night in Bangkok

Tuk-tuk w Bangkoku

Istnieją na świecie miejsca, które przez kontekst, w jakim zazwyczaj są postrzegane, same narzucają odwiedzającym pewne ramy zachowań. Jak wiadomo, w Luwrze należy zachwycać się Mona Lisą, w Wenecji pływać gondolą, a w Stambule zjeść kebab. W Bangkoku zaś, „chcąc” czy „nie chcąc”, koniecznością jest zasmakować melanżu na Patpongu, Khao San, czy innym kurwidole, słynnym z filmów i opowieści. Tak się szczęśliwie składa, że Janek akurat lubi melanż, więc zdecydowanie wchodzi tu w grę opcja „chcąc”.

Zakończywszy o tyle wyczerpujący, co emocjonujący i pełen wrażeń, całodzienny spacer po mniej i bardziej znanych zakamarkach Bangkoku, dopijamy z Pauliną piwo przy zachodzie słońca na rzeką Menam. Ukoronowanie tego świetnego dnia wypadło nam celebrować w przypadkiem odkrytej, sekretnej miejscówce przy stoliku tuż nad rzeką, ale w całkowitej izolacji od przechodzącego ludzkie pojęcie zgiełku ulic. Tarasik nad wodą, ze stołem i krzesłami, osłonięty szczelną ścianą budynków od wszelkich przejawów miejskiego gwaru, ukazał się nam zupełnym przypadkiem po przejściu na chybił-trafił przez labirynt szczelin między domami. W tym momencie zdaje się być pokojem życzeń z Harrego Pottera, lepszego miejsca na wieczorne piwo nie mogliśmy sobie wymarzyć. Umówmy się, że raczej nie powinno nas tam być, ale póki nikt nie wygania…

Wygania dopiero widok pustych butelek i ostateczne zniknięcie słońca za horyzontem. Po takim maratonie, jaki tego dnia udało nam się odstawić, każdy mięsień krzyczy o odpoczynek, jednak mamy dla mięśni smutną wiadomość – zgodnie stwierdzamy, że nie ma opcji tej nocy przespać. Lecimy na Patpong – najsłynniejszą melanżową ulicę w Bangkoku. Staram się nie nastawiać na nie wiadomo jaką zabawę – już nastawiłem się na nie wiadomo jak pyszne tajskie jedzenie i wyszło jak wyszło, niespecjalnie. Zresztą tak to bywa jak coś jest rozreklamowane do granic możliwości – mnie w takich przypadkach od razu włącza się w głowie lampka ostrzegawcza, że pewnie gdzieś istnieje coś 100 razy lepszego, ale nieznanego szerszej masie turystów. Póki co daję jednak Patpongowi czystą kartę do zapisania wspólnymi siłami, a ostatecznie, co by tam nie było, to musiałaby mi chyba spaść na głowę cegła, żebym wybrzydzał na możliwość melanżowania po Bangkoku.

Opuszczamy zatem sekretny taras życzeń i lecimy w bój, o czym lepiej opowiedzą moje wspominki…

W stronę hostelu podwozi nas kolejny tuk-tuk. W zapadających ciemnościach Bangkok pięknieje z minuty na minutę. Gnijący syf ulicy schodzi w cień, przytłoczony oślepiającymi światłami kolorowych neonów. Pasek energii po całym dniu wyczerpany niemal do zera, ale to nasza ostatnia noc tutaj – nie ma mowy o spaniu. Ogarnąć się tylko na kwadracie przed nocną eskapadą i w drogę.

Śmiała próba dostania się na Patpong piechotą okazuje się z góry skazana na porażkę. Po przejściu ratuszowego placu, który po zmroku ze skateparku przekształca się w noclegownię setek bezdomnych, kierujemy się w opustoszałe już nieco ulice prowadzące na wschód. Marsz, marsz, już nie wiadomo dokąd. To nie ma sensu, bierzemy podwózkę. W uszach nadal odbija mi się echo słyszanego jakieś milion razy dzisiaj „tuk-tuk, sir!”, „taxi, sir!”. Za każdym razem tak nam potrzebne jak kurwie majtki. Za każdym razem, do tego momentu. Tak, oczywiście – właśnie wtedy, po raz pierwszy od lądowania na Suvarnabhumi, tuk-tuków w okolicy można było uświadczyć mniej więcej tyle, co na sandomierskiej Starówce. Przejeżdżające taksówki nas olewają. Kino. No, w końcu się jakiś łaskawie zatrzymał, do tego z licznikiem, ale heca. Dawaj pan na Patpong. Bezduszny licznik bezlitośnie obnażył prawdę na temat uczciwości wszystkich poprzednich szoferów – robili nas na hajs jak chcieli. W najlepszym przypadku przepłaciliśmy mniej więcej trzykrotnie względem regularnej licznikowej ceny. Solidny kawał drogi do Patpongu maszynka wyceniła na… 6 zł. Jesteśmy u celu.

Plac Bangkok
Na placu pełnym bezdomnych, w drodze na Patpong

***

Młodzi, piękni, zajebiści, z workiem siana (wszak wyprawa ledwo się zaczęła), na najsłynniejszej w świecie dzielnicy do melanżu. Cóż mogłoby pójść nie tak? Pewno nic, ale najpierw my chodźmy na kolację, długa noc przed nami. Tłum, gęstniejący w miarę zbliżania się do epicentrum wydarzeń, zwiastuje, że mimo poniedziałku nuda tu nie zagląda. Techniki negocjacyjne coraz liczniej pałętających się tu i ówdzie ulicznych naganiaczy wciąż te same, z tą różnicą, że zamiast „tuk-tukiem!”, tym razem zamęczają „ping-pongiem!”. U wrót Sodomy ukazuje się obiecująca knajpa, wjeżdżamy do stolika. Jest wołowina smażona w sosie ostrygowym – jeden z moich faworytów do domowego wyrobu – chcę! Wreszcie się dowiem, jak powinna smakować naprawdę.
O mało nie wypluwszy kawałka mięsa ze zdumienia, spowodowanego niecodziennym tam, bo pysznym, smakiem potrawy, po kilku kęsach, zapitych Jackiem Danielsem, odkrywam przyczynę owego zaskakującego stanu rzeczy. Właściwie przyczyna ujawnia się sama, w osobie potężnie zbudowanego, przyprószonego siwizną Amerykanina z Teksasu, który przedstawia się nam jako właściciel lokalu, nawiązując krótką pogawędkę. No, jak biały, to od razu potrafi zrobić coś jadalnego! Jegomość ostrzega nas życzliwie, aby nigdy, ale to przenigdy, nie wchodzić, za namową naganiaczy, na „upstairs” w miejscowych klubach, bo wyjdziemy w najlepszym wypadku bez pieniędzy, a najgorszym bez nerki. Dzięki!
Ryjki syte, czas najwyższy ruszać w bój. Jak staropolski obyczaj nakazuje, przed wejściem do klubu należy nałoić się co nie co na schodkach. Niezawodny 7-eleven służy pomocą i tym razem. Dziewczę zadowala się piwem, ja potrzebuję mocniejszych wrażeń – bierzemy małpkę z jasnożółtym płynem – pewno cuś jak cytrynówka. W sąsiedztwie podejrzanego, przypatrującego się nam skośnymi oczyma, ubranego na czarno towarzystwa, rozpoczynamy rytuał konsumpcji.
– Bleee! To jest jakaś oranżada! – poczułem się jak dziecko, któremu Mikołaj nie przyniósł prezentu pod choinkę.
– A co, głupku, nigdy Breezera nie piłeś?
– Nie.
– No to teraz masz i pij.

***

Cóż z tego, skoro tak przesławne jaskinie rozpusty stoją przed nami otworem ledwie przecznicę dalej! Czym prędzej, zagłębiamy się w ulicę Patpong. U wejścia rozciąga się mini bazar, pełen sklepów i straganów z pamiątkami, w cenach przypominających bardziej te ze Szwecji, niż Tajlandii. Dalej, dalej! Kończą się bazary, ulicznych naciągaczy wnet zastępują obciągacze. Pośród feerii różowych świateł przemykają przez tłum trójnogie dziewczęta na szpilkach, o urodzie predestynującej je do zabrania na imprezę przez Annę Grodzką w roli „brzydszych koleżanek”, dyskretnie proponując prawdziwie tajski rodzaj masażu za jedyne 20 dolarów. Nie ma co, inwestycja warta każdej złotówki. „Eleganccy” gentelmani w garniturach jako żywo zdjętych z podwarszawskiego handlarza kradzionymi samochodami z lat 90-tych, ruchem ręki nakłaniają do zajrzenia przez uchylone drzwi do ich klubów, pełnych wijących się na stołach Azjatek z niedoborem ubrania (nie powiem, te to już bywały całkiem całkiem), gdzie to miało czekać nas „free looking” na dole, a już „upstairs”, to dopiero wszelkie uciechy świata doczesnego. Idziemy dalej, mijając a to burdele, a to zupełnie sympatyczne kluby z karaoke i takimi tam. Idziemy, idziemy i… koniec – wylot z drugiej strony na miasto. To już ten cały Patpong?! Dwie stumetrowe, równoległe uliczki, z kilkoma przelotkami pomiędzy nimi.
Dobra, może jak nie ilość, to jakość? Wracamy, tam po drodze na rogu był lokal, który z zewnątrz prezentował się na sztos. Tam zmierzamy. Po zajęciu jednej z nielicznych wolnych miejscówek, podchodzi do nas facet zza baru, oferując browary po około 200 bahtów (20 zł) i takoż ceniącą się wódkę, które pospiesznie przynosi do naszego stolika, licząc na rychłe kolejne zamówienia. No, to się nie przeliczył. Bębenki w uszach rozrywa grana na żywo ze sceny muzyka, w wykonaniu zespołu wyposażonego w całkiem wyględną wokalistkę. Przy stoliku kręcą się wokół nas coraz to nowi ludzie – Koreańczycy, Amerykanie, Japońcy. Z kolei w trakcie nieudolnych prób tańca (co jak co, to pośród mych rozlicznych talentów – tanecznego Bóg akurat mi poskąpił) zalotnie zapraszają ku sobie wzrokiem miejscowe chyba-kobiety, z pewnością zupełnie bezinteresownie licząc na nawiązanie znajomości. Przykro mi, nie tym razem drogie panie.
Robi się z tego całkiem niegłupi melanż, tymczasem bahty na wyczerpaniu. Lecę do sąsiedniego kantoru przemienić USD, zaczepiany po drodze co chwilę przez babochłopów, z których jeden mało nie wyjął po pysku, gdy w swej skończonej bezczelności wpadł na pomysł złapania mnie za ramię. Piwo, piwo, kantor, wódka, piwo, kantor i sto dolarów nie moje. Jak to tam było na początku, „ja tu nie piję”?
Jak już coś się tam wypiło, to i odezwały się potrzeby bazowe, toteż biegnę po schodkach na górę do kibla. Po wszystkim, jak przystało na schludnego przedstawiciela cywilizowanego świata, wypada umyć łapki. Nie do wyobrażenia było moje zdumienie, gdy tymczasem chłopaszek (taki już normalny, w spodniach i w ogóle) zatroskany podbiega wycisnąć mi mydło na ręce, jednocześnie oferując ręcznik. W tym samym czasie podchodzi drugi i zaczyna mi robić masaż karku. Co jest, kurwa?!
– What are you doing?! – odskakuję na bok.
– No problem, sir. Relax! – na zaś leci z łapami mnie masować.
– I don’t need it!
Z ulgą, że udało mi się ich spławić, kieruję kroki do drzwi wyjściowych, które tamci w mgnieniu oka zastawiają, niczym Rejtan.
– You have to pay for service, sir! – to skurwiele.
– What?!
– For soap and massage, sir.
– OK, here you have Polish złoty. Złoty means golden, really! Look. It’s more expensive than dollars! – wyciągam z portfela zwykłą dwuzłotówkę.
Tamci łapczywie chwytają pieniążek, oglądając go z każdej strony z zaintrygowaniem, jakby dostali co najmniej autentyczny hiszpański dublon z XVI w., tak że mogłem nie niepokojony przesmyknąć się chyłkiem obok nich przez wyjście. Przy każdej kolejnej wizycie w toalecie już nie oferowali mi masażu.

***

Balet trwa w najlepsze. Zespół zszedł ze sceny, ustępując miejsca muzyce granej przez DJ-a. Towarzystwo wokół nas gęstnieje, zabawiając Paulinę rozmową podczas mej nieobecności. Spośród imprezowiczów, uwagę przykuwa Chilijczyk, od samego wstępu sprawiając wrażenie swojego chłopa.
– I hate yellow people! – potwierdza me przypuszczenia Rodrigo.
Podzielał moją opinię na temat podejścia do higieny miejscowej ludności, jak również urody tajskich dziewcząt i uczciwości taksówkarzy.
– Chce ci się dalej gadać z tymi Koreańczykami? – pytam Pauliny.
– Pewnie!
– To wiesz co, ja się chwilę przejdę, ale będę tu w okolicy.
Ciężko nie być w okolicy, kiedy cała uliczka ma sto metrów. Zew przygody nie pozwalał mi jednak usiedzieć dłużej w tym samym miejscu. Podlany wódką wir wydarzeń wciąga mnie to w jeden zakamarek, to w drugi, porywając za mną niektórych spośród poznanych w klubie ludzi. To jestem sam, to znowu ktoś jest ze mną, gdzieś tam mignie Rodrigo, to znowu jestem obok Pauliny, wydarzenia kręcą się w mej głowie niczym koło fortuny.
– Jak ty mi dasz 20 dolarów, to z tobą porozmawiam. Pewnie dawno nikt z tobą nie rozmawiał. – zaczynam odpowiadać na intratne oferty mijanych na ulicy kurew, proponujących masaż „tajski” po tejże kwocie. Jedna z nich rozbrojona moim pomysłem na biznes, siada obok na murku.
– I won’t pay you, but we can talk. – odpowiada z uśmiechem.
Jej angielski jest o wiele lepszy od mojego. Trochę wstyd, ale cóż, w końcu to ona pracuje w branży turystycznej. Zaczynam rozmowę z tajską dziwką, jakby była dawno nie widzianym kumplem. Nie sądzę, żeby narzucane przeze mnie tematy w jakimkolwiek stopniu ją ciekawiły, w związku z czym co i rusz panienka sprowadza dyskusję na wątek interesujący ją najbardziej.
– Easy, I have no dick, really. We can go inside – wtrąca co chwilę, co irytuje mnie coraz bardziej.
– I told you, I’m not interested – faktycznie jej płeć raczej nie budziła podejrzeń, ale jakoś mnie to nie przekonywało.
Będzie tej pogawędki, idę od niej. Skądinąd znów objawia się Rodrigo, zapraszając mnie z Pauliną do Santiago de Chile, skąd pochodzi. A to mnie teraz facet uruchomił.
– You must visit Sandomierz, my hometown! The most beautiful place on Earth, city of Polish kings! – zachwalam swoją małą ojczyznę.
W zgiełku imprezy i setkach walących się na głowę z głośników decybeli, do świadomości Chilijczyka dotarły jedynie dwa ostatnie słowa. Od tej pory nie zwrócił się do mnie inaczej niż „Polish King”. He, podoba mi się 🙂 Do tego stopnia, że sam inaczej już się nie przedstawiałem.

***

Setną rundę honorową po okolicy nowo koronowanego „Polish King” brutalnie przerywa godzina zamknięcia całego tego burdelu. Ale… że co? Jeszcze nie ma trzeciej! To wszystko co ma ten słynny Patpong do zaoferowania? Żarty se robicie. Towarzyszący mi akurat Anglicy też zwijają się do domu.
– Are you from England, really…?
W Krakowie to jakoś potrafią się rozbijać do białego rana. Dobra, nie to nie, pakujemy się stąd. Wracam po Paulinę do pustoszejącego błyskawicznie klubu i idziemy na taksę, z krótkim postojem na mój popis sportowy z lokalnymi specmajstrami od odbijania do siebie piłeczki. Po dziesiątej nieudanej próbie trafienia w piłkę, ostatnie pozostałe przy życiu szare komórki podpowiadają mi, że to chyba nie moja dyscyplina na tamten moment. Do taksówki ładuje się z nami Rodrigo i chyba ktoś tam jeszcze. Trochę krążenia to tu, to tam, hajs dla szofera, aż w końcu idziemy we trójkę naszą dzielnicą. Grzecznie odprowadzam dziewczynę do pokoju, ale samemu to ja jeszcze spać nie zamierzam.

Na dole czeka Rodrigo z browarami. Siadamy przy stoliku, pijacka gadka-szmatka, to o Chile, to o Polsce, planach na dalszą podróż, opowiadam o weekendowym wypadzie z Łodzi do Krakowa przez Litwę i nie wiem czym tam jeszcze. Piwerko się wyzerowało – co zrobić, przecież nie przejdziemy teraz na wodę mineralną. Dawaj na Khao San, może tam będzie jeszcze jakieś życie. Z błędu wyprowadzają nas mijani w drodze melanżownicy, wracający z kierunku, w którym my zamierzaliśmy się udać. Wracamy zatem również.

Charakterystyczne, garażopodobne jaskinie, o tysiącu zastosowań handlowo-usługowych, mają jeszcze jedną, niecodzienną właściwość. Są otwarte wtedy, kiedy akurat czuwa rezydująca w nich baba. Cóż zatem prostszego, niż potargać śpiącą w hamaku babę, aż się obudzi! Biedna, wyrwana ze snu kobicina na wpół otwartymi oczami przeczesuje swoją melinę, w końcu wygrzebując pełną butelek polową lodówkę spod sterty szmat. To się nazywa wolny rynek! Ostatnie rozmówki pożegnalne pod D&N Hostel, ostateczne z ostatecznych zaproszenia do swoich miast i chyba niestety czas się rozejść… Kurwa, jest 7:30!

Melanż Bangkok
Ja i Rodrigo pod D&N Hostel tuż przed rozejściem

Fragment pochodzi ze zbioru wspominek z podróży po Azji Południowo-Wschodniej w 2016 roku.

Dodaj komentarz