Macie pięć minut!

Dahab

Symfonia szumów dobiegających mej świadomości z zewnątrz, od morza, oraz tych wewnętrznych, jak mogę przypuszczać bezpośrednio powiązanych z walającymi się gdzieniegdzie opróżnionymi butelkami, zwiastuje początek nowego dnia, który witamy w namiocie na kamienistej plaży nieopodal izraelskiego Eilatu, tuż przed egipską granicą w Tabie.

Ledwie tydzień po powrocie z pierwszej w moim życiu przejażdżki po Bliskim Wschodzie zajęło mi, aby ponownie przywitać się z lotniskiem w Ovdzie. Kilkudziesięcioosobowa integracja autostopowiczów z Polski w Eilacie, skuszonych śmiesznie tanimi biletami, okazała się czynnikiem skutecznie motywującym mnie do powrotu na żydowską ziemię, zanim zdążyłem rozpakować się z ostatniej podróży. Do wyżej wymienionego zbioru nieprzeciętnych osobowości dołączyłem tym razem z kolegą Arielem, któremu proces decyzyjny w kwestii kupna biletu, w trakcie pewnego męczącego wieczoru, zdążył zająć na oko jakieś 14 sekund („Jedziesz?” – „Jadę, polewaj, kupię przez ten czas bilety”).

Z rana wywlekamy się ze współdzielonego namiotu, w którym miejsce dla nas znalazło się wyłącznie dzięki uprzejmości towarzyszek autostopowego melanżu. Melanżu, który do późnych godzin nocnych (a może i wczesnych porannych…?) rozgrywał się na dzikiej plaży, nie dalej niż kilometr od granicy Egiptu. Tutaj droga moja i Ariela rozchodzi się z drogą reszty autostopowiczów, z których część rusza wgłąb Izraela, niektórzy zostają pochillować w okolicy. Tylko my zamierzamy przedostać się na terytorium sąsiedniego, afrykańskiego kraju.

Droga donikąd

Rozdzieliwszy się z towarzystwem, ciągle na dobrej bombie drepczemy do przejścia granicznego, które Ariel wciągnięty w wir melanżu zdołał przekroczyć w nocy już kilkukrotnie (nie ma się co dziwić, po drugiej stronie stoi kasyno). Plan zakłada… w sumie to nie wiemy, co dokładnie zakłada. Zamierzamy łapać stopa i jechać na tyle daleko, aby mieć szansę stamtąd wrócić na lot do Polski.

Izraelska część przejścia składa się z niewielkiego, parterowego budyneczku, gdzie przeszedłszy kontrolę paszportową i bagażową, żegnamy się z cywilizowanym światem. Za krótkim pasem ziemi niczyjej posterunek egipski ma już nieco bardziej monumentalną konstrukcję. Wysoki hangar przypomina bardziej dworzec kolejowy, niż przejście graniczne. Wewnątrz mamy okazję nabyć pierwszą garstkę funtów egipskich za Arielowe dolary. Całą tę Tabę ciężko nazwać choćby wsią – luksusowy hotel, kasyno, wydeptany placyk otoczony prymitywnymi sklepikami i to wszystko. Aż dziwne, w końcu to to ma ponoć nawet międzynarodowe lotnisko. Spodziewałbym się nieco większego rozmachu. Tak czy inaczej, nic już nie stoi na przeszkodzie ku eksploracji Synaju.

Albo i stoi… Uszedłszy nie więcej jak sto metrów, egipska straż graniczna woła nas na ganek jakiejś obskurnej budy. O co chodzi? Pieczątki mamy, na samą prowincję Synaj wizy mieć nie trzeba.
– Musicie zapłacić 150 funtów za wjazd – szybko wyjaśnia nam starszy strażnik, wskazując na przerdzewiałą jak po potopie tabliczkę informacyjną, gdzie takowa informacja rzeczywiście widnieje.
Kurwa. W znalezionych w necie przepisach wjazdowych nie było napisane choćby pół słowa na ten temat. Nic po naszym wykłócaniu, nie puszczą i już, i co im zrobisz? Nawet nie mamy tylu funtów, trzeba dymać na zaś do kantoru w hangarze.

W międzyczasie strażnicy ogarniają taksówkarskich kumpli, wietrząc dla nich łatwy łup w postaci dwóch białych, o których można powiedzieć wiele, lecz na pewno nie to, że wyglądają jakby wiedzieli, dokąd chcą iść. Rzucamy im do łapy wymuszoną opłatę i niech się pierdolą. Ruszamy piechotą nie bacząc na pokrzykiwania wyłudzaczy.

Klimat zmienia się dosłownie z kroku na krok. Startując po stronie izraelskiej może nie marzliśmy jakoś specjalnie, jednak bluza stanowiła nieodzowny element ubioru. Tutaj upał tak praży, że mózg paruje, pomimo krótkich rękawów. Wkrótce doczłapujemy do pierwszego z licznych wojskowych punktów kontrolnych. Widok czołgu, wozów pancernych oraz zdumienie uzbrojonych w AK-47 żołnierzy, raczej nie spodziewających się tutaj dwóch nie do końca wytrzeźwiałych Polaków, spacerujących sobie jak gdyby nigdy nic, stymuluje nasze mózgi do minimalnie krótkiej analizy, co my właściwie robimy.

Egipska prowincja Synaj znana jest w świecie jako jeden z głównych kanałów przerzutowych ludzkich organów z Afryki. Miejscowa komórka Państwa Islamskiego wsławiła się zestrzeleniem ruskiego samolotu pasażerskiego, licznymi porwaniami oraz, nie dalej jak tydzień przed naszą wizytą, wyjebaniem w powietrze trzystu wahabitów. Ponoć cały obszar przygraniczny usiany jest masowymi mogiłami niezidentyfikowanych ofiar, przerobionych na części. Siły policyjne reżimu prezydenta as-Sisiego zdążyły się nauczyć, iż zapuszczanie się w te rejony nie jest najlepszym pomysłem. Nie ma co, miejscówka do łapania stopa po pijaku, jak marzenie 🙂

Pomimo zaskoczenia żołnierzy, nie ma żadnych formalnych przeszkód, aby przepuścili nas samopas dalej. Jest ryzyko, jest zabawa. Na nieszczęście albo szczęście, drogą nie jeździ nic… Granica od dawna pozostaje zamknięta dla ruchu kołowego, a jedyne jego przejawy stanowią nieliczne taksówki. Kuźwa, chyba nie będzie wyjścia.

Kilka kilometrów i dwa posterunki dalej, dogania nas pierwszy wan z funkcją taksówki. Wiezie już jednego miejscowego chłopa. Po uporczywych negocjacjach zgadza się przewieźć nas do najbliższej wiochy, Nuwajby, za dziesięć dolarów łącznie. Nie ma tragedii, tamci na granicy wołali dziesięć dolarów, ale od łba. Pakujemy się na pokład i mkniemy opustoszałą szosą, wypatrując za oknem równie opustoszałe kurorty, zdruzgotane wandalizmem i upływem czasu. Postapokaliptyczna sceneria. Ruch turystyczny dawno tu zamarł, w co mniejszych miejscowościach. Przy życiu zdołały utrzymać się jedynie ściśle strzeżone, odseparowane kordonem wojska od otaczającej rzeczywistości, turystyczne enklawy w rodzaju Sharm El-Sheikh. Takie akurat interesują nas najmniej.

Nuwajba

Wytaczamy się z wana na obrzeżach wioski, przypominającej miasto duchów rodem z jakiejś gry komputerowej. Do centrum prowadzi szeroka arteria, na której jedynymi przejawami życia pozostaje stadko wypasających się owiec. Po ich ominięciu naszych uszu dobiegają dziecięce wrzaski. Gromadka odzianych w brudne łachy bachorów wypada ku nam na bosaka z wnętrza jednej z parterowych ruder gospodarczych. Pomimo początkowo okazanej im sympatii, nasza cierpliwość zostaje wystawiona na ciężką próbę. Dzieciarnia lezie za nami krok w krok przez kilkaset metrów, ciągnąc nas za nogawki i wydzierając się na nas za pomocą jedynego znanego im angielskiego słowa – „money!”. Nie jako prośba, lecz jako rozkaz.

Nuwajba Egipt
Stado owiec w niemal wymarłej wiosce Nuwajba. Góry na horyzoncie, po drugiej stronie Zatoki Akaba, to już Arabia Saudyjska

Zgubiwszy nareszcie hałastrę, docieramy do centralnego placu pod meczetem. Tutaj to już normalnie tętni życie – po drodze chłop w białym pick-upie usiłuje naciągnąć nas na hajs za podwózkę, ze dwóch innych gapi się jakby zobaczyli kosmitów, do tego w jednej z ruder mieści się mały sklepik. Sklepik… znajdźmy piwo!

Przebijamy się przez kolorowe wstążeczki zawieszone na wejściu, jak za komuny w mięsnym. Jest cała ściana proszku „Ariel”, jest trochę wody i słodyczy. Piwa ani kropli. Z zeznań sklepikarza, równie zdumionego naszym najściem, jak reszta mieszkańców wiochy, wynika, że nigdzie na terenie Nuwajby owej kropli nie uświadczymy. W pizdu, uciekamy stąd. Ale najpierw odszukajmy bankomat, podobno gdzieś jest.

Bankomat odnajduje się przecznicę dalej, w budynku banku, czyli jednym z nielicznych jako-tako zadbanych w całej mieścinie. Wciskam kartę. O dziwo przyjmuje. Stajemy przed kolejnym dylematem. Ile, do chuja, wart jest funt egipski…?
– Wezmę 700, może wystarczy – zachowawczo celuję w kwotę mniej więcej „na środku” dostępnego wachlarza rozwiązań.
Zmiana warty, teraz Ariel.
– Aaa, pierdolę – bez zawahania wciska największą wyświetlaną kwotę, rzędu kilku tysięcy funtów.
Teraz to już faktycznie, powinno wystarczyć.

Zaopatrzeni wybieramy się na dalszy rekonesans okolicy. Okolicy, w której nie trzeba być dalece bardziej zorientowanym aby stwierdzić, iż niewiele więcej ma do zaoferowania. Kilka ulic, kilka ruder, stary port, meczet i to wszystko.
– Gdzieś po drodze czułem zapach pieczonego mięsa, sprawdźmy to – proponuję, gdyż głód powoli zaczyna we mnie narastać.
Jeszcze nic dziś nie jedliśmy.
– Chcesz, to chodźmy.

Do prymitywnej garkuchni wędrujemy prowadzeni za smugą dymu, unoszącą się znad sąsiedniej ulicy. U wejścia parterowego przybytku, wokół blaszanego paleniska, na które chłop wykłada surowe płaty baraniny, tłoczy się gromadka co nieco podejrzanego towarzystwa. Kilku młodych Arabów ubranych w czarne, skórzane kurtki gapi się na nas z dziwnymi minami, wyrażającymi mieszankę zaskoczenia i kpiących uśmieszków. Głośna rozmowa zamiera, gdy podchodzimy bliżej zbiegowiska.

– Można dwa takie? – wskazuję na cząstki mięsa, powbijane na patyki.
Yyy… Chwila konsternacji. Kuchmistrz gestem zapytuje, czy siądziemy w środku. Siądziemy.

Zajmujemy miejsca na ogrodowych krzesłach przy słanym czerwoną ceratą stoliku w rozległej, zacienionej izbie. Jedynymi żywymi organizmami wewnątrz, poza mną i Arielem, jest stado much, przeganianych przez rzężące wiatraki oraz sędziwy Arab w szacie po kostki oraz białej kefiji na głowie, w milczeniu dojadający posiłek w kącie. Zdaje się nie zwracać na nas uwagi.

– Ej, mam pomysł – rzucam w eter, wyciągając z kieszeni telefon i nie licząc, iż pomysł uda się zrealizować, ale co szkodzi spróbować?
Załączam wyszukiwanie sieci Wi-Fi. Łapie jakąś, nie do wiary! Wybiegam do kucharza za drzwi.
– Znasz hasło? – pokazuję mu telefon z logowaniem do sieci na ekranie.
Zna! O kuźwa, ale jaja. Z rozwalającego się zadupia łączymy się ze światem. To może ustalimy jakiekolwiek zręby planu, przy tej niespodziewanej okazji?
– Patrz, tu kawałek dalej jest jakaś większa miejscowość, Dahab – mówię, obczajając mapę.
– Może tam będzie piwo i jakiś kąt do spania – przedstawiam pierwszą myśl Arielowi.
– Dobra.
No i po sprawie. Dostaję posiłek, składający się z talerzyków niespotykanie podejrzanego mięsa, kilku arabskich chlebków, miseczki z tahini oraz talerza sałatki, będącej mieszanką ogórków, pomidorów oraz kolendry. Całość smakuje dokładnie tak, jak cała „restauracja” się prezentuje – sanepid wysadziłby to to w powietrze, lecz nie sposób wyobrazić sobie miejsca i jedzenia lepiej oddającego klimat zabitej chujem arabskiej wioski gdzieś na Synaju.

Walcząc zaciekle ze średniowieczną prędkością łącza, usiłuję przeglądać booking.com, w międzyczasie ukradkiem obserwując grupkę białych, którzy dopiero co podjechawszy czarnym wanem, pakują się do naszej jadłodajni. Wydziarani na mordach, karkach, witają się z Arabami przy wejściu. Noo, na turystów, co to urwali się z wczasów all inclusive w Hurghadzie, to oni raczej nie wyglądają. Mniejsza.
– Patrz, Full Moon hotel w Dahab, może być? – pytam Ariela retorycznie, nawet specjalnie nie pokazując mu ekranu.
Obaj po równo mamy wyjebane w to, gdzie będziemy dziś spać, ale wypada choć z grzeczności uprzedzić. Kolega zatwierdza obojętnym skinieniem dłoni. No i już, mamy spanie, pojedzone, teraz tylko się tam dostać.

Wychodzimy z powrotem na miejsce, gdzie wyrzucił nas pierwszy kierowca, naiwnie licząc, że tutaj ruch skumulowany z kilku okolicznych wiosek zapewni nam możliwość złapania czegokolwiek bezpłatnego. Stajemy jak cielaki na skrzyżowaniu drogi wyjazdowej z Nuwajby z główną trasą wzdłuż wybrzeża, wpatrując się w horyzont, z którego ani myśli przybyć ku nam żaden samochód. Wkoło tylko piach i skromna ławeczka, na której siedzi dwóch Arabów. Głupio trochę, kiedy tak się na nas gapią. Idziemy sto metrów dalej.

Po pół godziny przejeżdża pierwszy samochód. Nawet nie zwalnia. Za kolejne trzydzieści minut naszych uszu dobiega huk ciężarówki, która wyłania się zza horyzontu na długo po tym, gdy stała się słyszalna. Wlecze się trzydzieści na godzinę, co nie przeszkadza jej również przejechać obok nas niewzruszenie. Słońce tymczasem chowa się za granią pobliskich gór. Zajebiście.

Kilku chłopów w starych pick-upach krąży po okolicy, pokazując nam co i rusz, że żaden z nich nie jedzie dalej, niż parę kilometrów w pustynię. Wreszcie nadjeżdża kolejne auto. Machamy bez większych nadziei. Auto przemyka obok nas z prędkością wzniecającą obłok kurzu, ciągnący się jeszcze setki metrów za samochodem. Tyle żeśmy go widzieli… aaalbo?

Siedzący na ławce Arab, którego zostawiliśmy parędziesiąt metrów za sobą, aby nie robić za obiekt obserwacji z kilku metrów, drze się coś do nas i wymachuje łapą. Co jest? Rozglądamy się, o co może chodzić. Auto tak zapierdalało, że wyhamowuje ze sto metrów za naszymi plecami. Ale wyhamowuje! I cofa w naszym kierunku. Ha!

Dahab

W aucie, poza niepodobnym zupełnie do nikogo kierowcą, zasiada trzydziestokilkuletni Arab, ubrany i wystrzyżony zupełnie w stylu zachodnim, nie przypomina w niczym swych pustynnych pobratymców, których dotąd na naszej egipskiej drodze napotykaliśmy. Obok niego siedzi na oko sześcio-, może siedmioletnia dziewczynka w różowej sukience – jego córka. Przesuwają się, robiąc nam miejsce i zapraszają gestem.
– Skąd jesteście? – pyta ojciec dziewczynki płynnym angielskim, wprawiając nas w lekkie zaskoczenie.
Dotąd nie spotkaliśmy tu nikogo, kto potrafiłby wymówić w ludzkim języku więcej niż trzy słowa. No proszę. Z uśmiechem kontynuujemy konwersację na temat naszego pochodzenia, celu przyjazdu, wrażeń z Egiptu i tym podobnych bzdur.
– Zobacz, to jest moja szkoła i moja klasa, tutaj narysowałam – wnet włącza się w dyskusję kilkuletnie dziecko, pokazując mi obrazek, który wytrwale majstrowała kredkami na kolanie.
Powtarzam – kilkuletnie dziecko. Włącza się w dyskusję. Po angielsku. Cooo, kurwa?! O ile biegłość posługiwania się angielszczyzną przez uprzejmego jegomościa jawi nam się miłą niespodzianką, o tyle dziewczynka rozpierdala system. Jej angielski jest lepszy od naszego. Tak, osobą najlepiej posługującą się owym językiem w całym aucie, pozostaje właśnie ona. Ale jak do tego doszło?! W którym momencie?!

– Bardzo ładne – recenzuję dziecięce bazgroły – a gdzie tak dobrze nauczyłaś się mówić po angielsku?
– Dziękuję. W szkole uczymy się dużo angielskiego. Popatrz, mam też inne rysunki – dziecko rozkłada przede mną całą galerię obrazków.
Nienaganne wychowanie dziewczynki nie odbiega od jej zdolności lingwistycznych. Pomyśleć, że na tym samym Synaju, ledwie wiochę obok, jej rówieśnicy rzucają kamieniami w samochody, biegając na bosaka pośród owiec, a na widok Europejczyków potrafią jedynie wydzierać gęby „money! money!”. Niebywałe.
– Kładziemy duży nacisk na naukę języków. Chcemy, żeby nasze dzieci miały możliwość wydostać się do cywilizowanego świata – wyjaśnia mi dumny ojciec.
Słońce ostatecznie zachodzi na tle rozlatujących się beduińskich osad, rozrzuconych gdzieniegdzie wzdłuż od pewnego czasu szutrowej drogi.

Zjeżdżamy z drogi w pobliżu rysującej się światłami na horyzoncie większej miejscowości. To musi być Dahab. Wkrótce auto wjeżdża w labirynt uliczek, między glinianymi, parterowymi kwadraciakami, lawirując między stertami gruzu. Ciemno, jakoby w dupie. Nie powiem, żeby poziom cywilizacyjny specjalnie wybijał się na tle zaznanego uprzednio w Nuwajbie. Cóż, co ma być, to będzie.
– Nie bójcie się, wasz hotel jest w tej lepszej części Dahab. Poprowadzę was, tylko odwieziemy moją córkę do domu – śmieje się ojciec, widząc nasze miny.
Zatrzymujemy się pod jedną z obskurnych nor. Dziewczynka żegna się z nami grzecznie, tata odprowadza ją do drzwi i wraca do samochodu.
– Full Moon, mówiliście? Dobra – ruszamy.

Niedługo liczba latarni zaczyna rosnąć w tempie geometrycznym, koła chwytają pierwsze zalążki asfaltu. Opuszczamy mieszkalną dzielnicę Dahab. Miastu nadal daleko do miana kurortu, jednak różnica po wjechaniu w część przewidzianą dla turystów jest diametralna. Tutaj nie ma już ruder, są za to w miarę eleganckie budynki, zagospodarowane do roli hotelików, knajp, sklepików. O takie Dahab walczyliśmy – nie nudny jak psia dupa, pozłacany kurort, ale też nie obesrane przez owce pustkowie.

Wysiadając pod hotelem uiszczamy drobną opłatę – od jakiegoś czasu można było przypuszczać, iż milczący całą drogę kierowca znajduje się wśród nas z pobudek służbowych, a nie towarzyskich. I tak cena wychodzi bajeczna – zadowala się jedynie dwoma dolarami.

Wytoczywszy się z pojazdu usiłujemy odnaleźć wejście do hoteliku, urządzonego na wzór arabskiego domu, wybudowanego na planie kwadratu, z niewielkim dziedzińcem w środku, otoczonym izbami dla podróżnych na parterze, z którego schodkami prowadzi wejście na taras na dachu. Wewnątrz odnajdujemy recepcję, rzucamy hajs, zajmujemy przestrzenny pokój i jesteśmy w domu. Szybka prycha, podładowanie telefonów i czas ruszać na rekonesans, ostatecznie nie przywlekliśmy się tutaj, coby gnić w pokoju.

Właściciel hotelu instruuje nas, jakim sposobem najkorzystniej dotrzeć do centrum. Zadanie jawi się niespecjalnie skomplikowane, gdyż sam hotel ulokowany jest przy głównej ulicy prowadzącej do owego centrum. Wystarczy nią iść. Tak też czynimy. Telefony oraz większość gotówki profilaktycznie zostawiamy w pokoju – nie wykluczamy opcji taplania się w morzu.

Po ledwie kilkudziesięciu metrach mijamy pierwszy sklepik. Zapoznanie z asortymentem – punkt obowiązkowy.
– Czego szukacie? – uprzejmie zagaduje nas odziany w biały fartuch, siwy sprzedawca.
– Piwa – bez zawahania odpowiadamy chórem.
– Nieee, piwa nie ma – kręci głową, rozkładając ręce.
Po filuternym uśmiechu bez trudu można wywnioskować, iż kręci nie tylko głową, lecz także nami. Znaczy się, że gdzieś jest.
– No kurwa! – zauważam pełną browarów lodówkę za plecami.
Jesteśmy w domu! Ceny oscylują w pobliżu dwudziestu-trzydziestu funtów za butelkę, czyli w granicach dwóch dolarów. Łapiemy po dwie, pierwsze lepsze.
– Tysiąc funtów – dziadek nadal ciśnie sobie z nas bekę.
– Nie sądzę – uśmiecham się, utrzymując konwencję żartu.
– Nieee? A ile? – chłop teatralnie udaje zdumienie.
– Osiemdziesiąt – wystarczy tej zabawy, pić mi się chce.
– Skoro tak twierdzicie… – sprzedawca posłusznie wydaje resztę.
O to chodziło. Puszka Pandory oficjalnie otwarta.

Zadowoleni z zakupów szukamy dogodnego miejsca do konsumpcji. Wkraczamy na główny deptak centrum Dahab. Eeej…! Tu jest zajebiście! Mnóstwo knajp, straganów z kolorowym rękodziełem, przytłumione światło latarenek rozwieszonych nad brukowaną alejką, rozpraszając się na przewieszonych przez stragany różnobarwnych tkaninach nadaje temu miejscu magiczny klimat arabskiego targu. Niezliczone konfiguracje zapachów smażonych tu i ówdzie lokalnych specjałów idealnie dopełniają bajkowej scenerii. Nawet gdzieniegdzie przemykają nieliczni turyści. Ooo panie, tutaj to my musimy wrócić z pieniędzmi! Póki co dawaj w stronę morza, wypijmy.

Pomimo, iż miejscowość w całości rozciąga się wzdłuż nabrzeża, znalezienie kawałka plaży nie jest tak trywialnym zadaniem, jak mogłoby się wydawać. Na całej długości plaża szczelnie obstawiona została restauracjami i hotelami. Przedarcie się przez zasieki „terenów prywatnych” okazuje się o wiele trudniejsze, niżli wynikałoby z mapy, toteż zamiast trzydziestu sekund, przebicie się na krzywy ryj zajmuje nam „aż” kilka minut. Coś, co na planie miasta oznaczone zostało jako „plaża”, w rzeczywistości składa się z mniejszych lub większych kamieni, rozrzuconych poniżej jakby murku (?), czyli 1,5-metrowego kamiennego podwyższenia, na którego wysokości spoczywa całe miasto. Kilkumetrowy pas kamieni wzdłuż muru pozostaje suchy, dalej rozciągają się spokojne, ciepłe wody Morza Czerwonego.

Było nie było, jesteśmy na plaży. Lepszej nie będzie, więc wypada się przepłukać. Takiż plan ochoczo rozpoczyna wcielać w życie Ariel, otwierając przy okazji browara. Idę w jego ślady. Woda wcale nie jest taka ciepła, jak mogłoby się zdawać, zaś podłoże tak gęsto usiane śliskimi głazami, że ledwie idzie złapać równowagę. Kilka metrów od brzegu jest już tak ciemno, że prędzej powybijamy zęby, niż się przekąpiemy.
– Pierdolę to, idę znaleźć miejsce do siedzenia – oznajmiam, zawracając na poziomie wody do kolan.
Sadowię się na kawałku murku, który na pierwszy rzut oka zdaje się być bezpański. Ariel dołącza po kilku minutach, dopaliwszy szluga.

Radosne rozmówki futurystyczno-podróżnicze przy drugim piwie przerywa nam chłop, który znikąd pojawia się za naszymi plecami.
– Nie możecie tutaj pić! To jest teren mojej restauracji – oznajmia nam kategorycznie, choć bez zbędnego uniesienia.
– Tylko skończymy i idziemy – odpowiadam, nie chcąc wdawać się w kłótnie z powodu kilku łyków browara, ostałych na dnie.
– Masz hasz? – Ariel z kolei bez ceregieli przechodzi do interesów.
– Nie, haszu nie mam – śmieje się właściciel knajpy.
Po uśmiechu poznać można, że swój człowiek i może dałoby radę wpaść w komitywę.
– A masz piwo? – pytam z kolei ja.
– Piwo? Pewnie, zapraszam! – gestem woła nas na górę.
– Poczekaj, dopijemy i sprzątniemy butelki – kończę na szybko.
– Nie trzeba, dopijecie sobie w środku! – ha, takie podejście mi się podoba.

Zasiadamy do przy niskim, drewnianym stoliku. Knajpa urządzona całkiem sympatycznie – eleganckie wnętrze z arabskimi akcentami wystroju, przygaszone światło, widok na morze.
– Ej, a może zajaramy sziszę? – proponuje Ariel.
– W sumie, to możemy też coś zjeść. Poczekaj, polecę po hajs.
To już ten moment, kiedy czas przejść na drugą stronę lustra. Rozpoczynamy zabawę właściwą.

Trasę knajpa-hotel-knajpa przemierzam z prędkością ponaddźwiękową. Wracając, zastaję popijającego zimne piwko Ariela w obłokach dymu z sziszy.
– Masz tu, piwo dostaliśmy gratis – podsuwa mi na powitanie moją butelkę.
Strategia marketingowa zyskuje moje pełne uznanie. Patrzę w menu. To jest to miejsce, gdzie z czystym mogę zostawić pieniądze. Bierzemy po „corbie” (zupie) na dobry początek i następny browar. Gadka klei się w najlepsze, piwo leci za piwem. Zbieramy się na dalszy obchód już dobrze natrąbieni, gdy resztkami zupy od dawna zajmuje się nasz nowy kot.

Corba Dahab
Kot również jest wielkim fanem corby

Pełni wdzięczności zostawiamy napiwek na barze, bar zaś za plecami. Najwyższa pora na eksplorację ścisłego centrum, tym razem z hajsem przy dupie. Jakaż byłaby to jednak eksploracja, gdyby tak przypadkiem zaschło w ustach…? Nie można do tego dopuścić. Bliżej celu odkrywamy o wiele lepiej zaopatrzony sklepik, z całą ścianą lodówek wypełnionych browarem, rozpostartą u wrót. Boże mój, jak tu pięknie.
– Obczaj, to ma 15 procent! – z zachwytem zakrzykuje w mym kierunku kolega, gdy obaj zapoznajemy się z asortymentem.
– No co ty pierdolisz! – w mig odkładam szczyny, które zamierzałem nabyć.
Czarny Royal – jak byk „15% alc.” na etykiecie. O kuźwa, to ci gratka dla koneserów nam się trafiła! Bierzemy na początek po dwa.

Sącząc wykwintny trunek o smaku wody z drożdżami pół na pół ze spirytusem, zagłębiamy się w urokliwe alejki pełne straganów. Przytłaczająca większość sprzedawców widzi w nas wyłącznie to, co dostrzegły dzieciaki z Nuwajby – chodzące bankomaty. Niech się pierdolą. Po całym festiwalu naciągactwa, dotarłszy w okolice końca ulicy, napotykamy człowieka, który zdaje się nie postrzegać nas jako zwitki pieniędzy na nogach.
– Skąd jesteście? – pyta nas na początek, stojąc z dala od wszelkich kramów.
Dalej wypytuje nas o sposób, w jaki dostaliśmy się w te rejony Synaju, zdaje się być szczerze zainteresowany ideą autostopu. Spacerujemy sobie tak, gadając w najlepsze.
– Mam tutaj sklep z pamiątkami, gdybyście chcieli kiedyś coś kupić – proponuje całkiem nienachalnie.
– Możliwe, że wrócimy – odpowiadam.
– OK, nie ma problemu – uśmiecha się sklepikarz.
Wiadomo, że od początku uczestniczymy w marketingowej gierce na zyskanie zaufania, lecz ja zawsze doceniam tego typu podejście, zamiast bezczelnego wciskania badziewia za krocie. Przynajmniej w ten sposób facet okazuje jakiś tam szacunek wobec naszej inteligencji, nawet jeśli chwilowo rozpuszczonej w zupie z procentów.

Handel w Dahab
Końcowe fragmenty głównej uliczki handlowego centrum Dahab

Po krótkim rekonesansie oraz upewnieniu się, iż nikogo bardziej uprzejmego w okolicy nie napotkamy, wracamy do sklepu jegomościa. Całkiem przyjemne dla oka rzeczy chłop sprzedaje. Po kilku minutach bełkotliwych negocjacji udaje mi się zyskać dwa magnesy i buteleczkę kolorowego piachu z wymyślonym przeze mnie napisem za cenę samej owej buteleczki. Spoko, wychodzę zajarać i poczekać na Ariela, który tak zapamiętał się w pijackich targach, że zdążył już opracować nowy cennik dla chyba całego dostępnego w sklepie asortymentu, zapominając, o co właściwie targował się na początku.

Handlarz z Dahab
Nasz wesoły koleżka, buteleczka piasku i Jankowa gęba

W międzyczasie kilku miejscowych chłopaszków zdąża wciągnąć mnie w gadkę oraz do wnętrza sąsiedniego sklepu. Też fajne rzeczy. Obiecuję, że przyjdę jutro. Wracam pod pierwszy sklepik, z którego wychodzi ku mnie Ariel, objuczony pamiątkami, jak baba z Radomia po wyprzedaży.
– Macie hasz? – wypala na przywitanie grupy chłopaszków, z którymi uprzednio wpadłem w komitywę.
Żaden nie chce się przyznać. Nic to, jednakowe pytanie pada do każdego kolejno w twarz.
– Nooo… Ja mam, ale trzydzieści kilometrów stąd, musiałbym jechać na rowerze… – w końcu niechętnie łamie się jeden z towarzystwa.
– To bierz rower i jedź! – kategorycznie rozkazuje Ariel.
– Dooobra, ale będziecie tu na pewno o drugiej w nocy? – upewnia się młody, z wolna zabierając się do rowerowej przeprawy przez pustynię.
– Będziemy, jedź!

Skończyło nam się piwo. Wracamy do sklepu po większy zapas, wdając się po drodze w gadkę z każdym napotkanym miejscowym. O chłopaszku wysłanym przymusowo w środku nocy na straceńczą misję dostarczenia haszu zapominamy po pięciu minutach.

Teraz kolorowa alejka przypomina już kalejdoskop. Podświadomie kierujemy kroki w stronę hotelu. Opuściwszy ścisłe centrum, na menu rozpisanym kredą przy jednej z ulicznych garkuchni dostrzegam intrygującą pozycję. „BRAIN – 300 pounds” – głosi napis.
– Jak to, kurwa, mózg? – zagaduję ćmiącego szluga na progu właściciela.
– Normalnie, mózg. Z owcy – oznajmia mi tamten, jak najzwyklejszą w świecie rzecz.
Muszę!
– Ariel, ja chcę mózg! – jakkolwiek dwuznacznie by to nie zabrzmiało, zwracam się do kolegi.
– Dobra, kupmy mózg.

Po kilku minutach oczekiwania na nasz stolik wjeżdżają frytki, talerz kawałków bliżej niezidentyfikowanej substancji w panierce oraz miseczka tahini. Łapczywie chwytam pierwszy kęs. Panierka rodem z KFC skrywa przedziwne, niepodobne w smaku do niczego, rozpływające się w ustach niczym pianki znad ogniska mięso, o nieco metalicznym posmaku i konsystencji surowej ostrygi.
– Ej, zajebiste! – zachwycam się, przełknąwszy gryza.
– To będziesz miał całe dla siebie – nieco mniej zachwyca się Ariel, również przełykając.
Dla mnie – luks. Tak sobie jemy, popijamy 15-procentowym Royalem, gadamy w najlepsze.
– Daj mi klucz, muszę do hotelu – w pół zdania przerywa swą wypowiedź Ariel.
– No jak? Zjemy, to pójdziemy. Co jest? – zaskoczony chcę kontynuować rozmowę.
– Ja muszę już – kolega wstaje od stołu, oczekując na klucz.
– No dobra, jak chcesz – wręczam mu klucze, wracając do ucztowania.
Zostaję sam, co niespecjalnie mi się podoba, zważywszy, iż dopiero co chciałem dokończyć jakąś arcyważną, pijacką myśl. Nic to, gwizdnięciem wołam kucharza, zapraszając go na miejsce po Arielu. Arab zasiada zdezorientowany. Ja tymczasem zaczynam pierdolić to samo, co przed chwilą tłumaczyłem Arielowi. A co, chciałem się wygadać, to przecież nie będę mówił sam do siebie. Zgłupiały chłop z grzeczności przytakuje, niespecjalnie ogarniając, co tu się odstawia. Posiliwszy się, dziękuję za przepyszny mózg owcy oraz owocną rozmowę i zawijam do hotelu.

Kuchnia egipska
Panierowany mózg owcy z frytkami. Bon apetit!

Chwiejnym krokiem maszeruję w górę miasta. Nie jestem do końca przekonany, gdzie właściwie był ten hotel. Nie mamy nawet jak do siebie zadzwonić. Genialnie. Czego nie ogarnia umysł, załatwia za mnie przypadek. Z dala, za rondem, dostrzegam szyld „Full Moon”. Spoko, jesteśmy w domu.

Jakież me zaskoczenie, gdy przechodząc przez rondo, dostrzegam człowieka krążącego bez sensu wokół wysepki na rondzie kółko za kółkiem. Mało tego, człowiek ów taszczy siatkę browarów, drugą siatkę pamiątek i jest mi dobrze znany.
– Co ty kurwa robisz? – zapytuję Ariela, usiłując rozwikłać zagadkę.
– Tam go nie ma, tam nie ma hotelu! – szczerze skonfundowany kolega oświadcza mi bezradnie.
– Zapewniam cię, że jest, a tam jest jego szyld – rozbawiony wskazuję na pobliski napis.
– Ale to na twoją odpowiedzialność! – Ariel decyduje się mi zaufać w tej newralgicznej kwestii.

Dalsza, kilkudziesięciometrowa przeprawa do wrót hotelu, z racji na wysoki krawężnik do pokonania po drodze, kosztuje żywot dwóch butelek piwa, jednak ostatecznie kończy się powodzeniem, zaś piw mamy jeszcze w opór. Ostatnie browary dopijam na dachu, tłumacząc właścicielowi hotelu, jak nadspodziewane benefity gwarantuje znajomość astronomii. Na niebie góruje Orion – w Polsce oznacza to wypizd. Tutaj w nocy jest gorąco. Nawet nie pamiętam, kiedy kładę się do łóżka.

Wykluwamy się z hotelowej gawry po dwunastej, biorąc jeszcze prysznic grubo po godzinie obowiązkowego wymeldowania. Półżywi człapiemy ulicami miasteczka, z zaskoczeniem odkrywając, iż niemal każdy z napotkanych lokalsów śmieje się, krzycząc za nami „Polanda! Polanda!”, po czym zbija z nami pionę. Musieliśmy zawrzeć wiele znajomości.
– Jestem waszym taksówkarzem, pamiętacie? – wyrywa ku nam z postoju taksówek młody kierowca.
Skoro tak twierdzi… Niech mu będzie.
– Dobra, ile do granicy? – rozpoczynamy negocjacje, zdając sobie sprawę, że autostopem i tak się stąd nie wydostaniemy.
Jutro odlatuje samolot, wypadałoby się wyrobić. Cena staje na piętnastu dolarach. A jebał pies, niech będzie. Inni chcieli dwadzieścia pięć.
– Tylko poczekaj, zrobimy zakupy.

Błądzimy po mieście, wypatrując czegoś do zjedzenia. Znalazłszy uliczne żarcie, w milczeniu posilamy się najpyszniejszym falafelem mojego życia za kilka groszy i całkiem z kolei obrzydliwym baba ganoush za jeszcze mniej groszy. Wraca nam na tyle energii, aby na powrót śmiać się i rozmawiać.

Falafel Dahab
Mimo niepozornej prezencji, falafel swym znakomitym smakiem na długo odciska ślad w mej pamięci

Leziemy przez centrum, wstępując na chwilę do sklepu z pamiątkami młodych chłopaszków, którzy zaprosili mnie doń poprzedniej nocy. Nabywam chustę z gazelami na prezent w nadspodziewanie korzystnej cenie („proszę, powiedz moim kolegom, że kosztowała cztery razy tyle, bo mnie wyśmieją” – instruuje mnie sprzedawca), Ariel też kupuje parę rzeczy i idziemy dalej. W narożnej kanciapie zaopatrujemy się w daktyle, orzechy i tym podobne.

Kuźwa, skończyły się szlugi. Na ten problem kanciapa także oferuje rozwiązanie.
– Normalne, czy egipskie? – pyta ekspedient.
– Ile kosztują normalne, a ile egipskie?
– Normalne 2,5 dolara, egipskie jednego dolara.
Ha! Wybór prosty, dawaj pan ze sześć paczek egipskich.

Wracając do taksówki, zahaczamy o najważniejszy przybytek, którego odwiedziny przed wyjazdem to więcej, niżli obowiązek. Sklep z 15-procentowymi Royalami. Lodówka niemal pełna, tylko jeden gatunek piwa dziwnie przetrzebiony po wczorajszej nocy. Zgadnijcie, który?
– Ile bierzemy na drogę? – pytam nieśmiało, chyba z góry przeczuwając odpowiedź.
Ariel powstrzymuje się od werbalnego jej udzielenia, zamiast tego ładuje do toreb butelki jedną za drugą, aż do sczyszczenia półki. Wszystkie. Tak brzmi odpowiedź.

Piwo Egipt
Lewa lodówka, druga półka od dołu. Niedobitki czarnych Royali, pozostałe w sklepie po nocnych spacerach

Dochodząc na postój taksówek, wywołujemy niewielką bitwę pomiędzy kierowcami.
– Oni są ode mnie! – drze się nasz młody driver, przepychając się wśród starszych od siebie kolegów po fachu.
Potwierdzamy jego słowa, uspokajając rozruchy.
– Chcesz szluga? – proponuję mu w drodze do auta.
– Jasne! – chętnie częstuje się z uśmiechem.
– A to egipskie, czy normalne? – dla pewności docieka Egipcjanin.
– Egipskie – odpowiadam zgodnie z prawdą.
– Aaa, to nie, dzięki – zasmucony oddaje papierosa do paczki.
Yyy… Już wkrótce przyjdzie nam poznać tajemnicę ich śmiesznie niskiej ceny. Gorszego syfu jak żyję nie paliłem. Fajnie, że mamy sześć paczek…

Przeprawa w czasie i przestrzeni

Pierwszy browar dopijamy nie ruszywszy się jeszcze z parkingu. Kiero skoczył na chwilę coś załatwić. Drogę zaczynamy przy drugim piwie. Stu siedemdziesięciokilometrową drogę, mierzoną nie kilometrami, nie minutami, a butelkami Royala. Co chwilę stając na siku, fotki i kiepa jedziemy pewnie milion godzin, mijających jedna za drugą niczym sekundy. Bidna taksa, rozsypująca się na wertepach niemal bezludnego Synaju, przez te kilka godzin staje się nam najmilszym miejscem świata, gdzie możemy robić, co nam się żywnie podoba. Gruchot na kołach z silnikiem, zapas browara, środek pustyni, kosmiczne widoki – czego chcieć więcej?

Egipt taksówka
Radosny początek przejażdżki z Dahab do granicy

Noc zapada niepostrzeżenie podczas rozmowy z kierowcą na temat pochwalanej przez miejscową ludność polityki obalonego prezydenta Mubaraka. Aż szkoda, iż wątpliwa na tę chwilę lotność mego przemęczonego umysłu nie pozwala mi dostatecznie zgłębić owego interesującego, społeczno-politycznego wątku. Czas wysiadać, dojeżdżamy do Taby.

Kurwa, ile my wychlaliśmy po drodze…? Ni z tego, ni z owego, wysiadłszy zaczynam zdawać sobie sprawę ze skali zniszczenia. Mijamy egipski posterunek graniczny, na autopilocie podając paszporty. Po otrzymaniu stempla chowam swój w kieszeń i usiłuję iść dalej. Zaraz… teraz prawa, czy lewa noga…? Chyba prawa. Kurwa, jest źle. Oglądam się na Ariela. Ten biega od celnika do celnika, częstując ich daktylami. Ja pierdolę. Dobra, dopóki walczysz – jesteś zwycięzcą. Z oddali wypatruję ławkę pod drzewem, na pasie ziemi niczyjej. Oby tylko tam się dowlec.

Przejście graniczne Taba
Przejście graniczne w Tabie

Z trudem powstrzymując się od wywrotki na pysk, osiągam wysokość ławki, gdzie meldujemy się po chwili znów w komplecie.
– Ariel, ja nie dam rady. Chodź na ławkę, zajaramy i odpoczniemy – ostatkiem sił docieram na bezpieczne siedzisko.
– Jak już siedliśmy, to dawaj się napijemy – proponuje Ariel, dosiadając się.
Mamy jeszcze kilka browarów.
– W sumie, czemu nie? – jedyne szare komórki, jakie pozostały w moim organizmie, pochodzą chyba już tylko ze zjedzonego mózgu owcy.
Nie znajdując żadnych przesłanek przeciwko, otwieramy browara, później kolejnego… Wszystko ciemnieje przed oczami…

– WHAT ARE YOU DOING?! GET THE FUCK OUT!!! ARE YOU NORMAL?! – budzi nas na tej samej ławce pośrodku ziemi niczyjej jakiś wrzask.
Otwieram jedno oko. Dwóch uzbrojonych w AK-47 egipskich strażników granicznych ocieka pianą z wkurwienia, stojąc nad nami i stosem butelek.
– YOU HAVE FIVE MINUTES! FIVE MINUTES AND GO OUT! YOU CAN NOT STAY HERE LONGER THAN FIVE MINUTES! – przekrzykują się, wydając rozkazy niecierpiące zwłoki.
Gdy ja próbuję odzyskać pozycję wertykalną, darcie ryja w końcu dociera do świadomości Ariela.
– Teeen minutes… – ten na pełnej wyjebce mruczy pod nosem ziewając, po czym na powrót przymyka oczy i poprawia plecak pod głową, dla wygodniejszego snu.
Boże mój, ile ja bym dał, żeby jeszcze choć raz zobaczyć tę minę strażników. Kiedy głos więźnie im w gardłach, żyły na gębie pulsują i zrezygnowani stoją jak cielęta, nie wiedząc, co powiedzieć.
– Five minutes – w końcu przechodzi jednemu z nich przez gardło, ale już całkiem po cichu.
Machają ręką i odchodzą. My zaś powoli się rozbudzamy, ogarniamy chlew po sobie i bez pośpiechu człapiemy w stronę izraelskiej budki granicznej.

Pomimo ożywczej drzemki, chodzenie nadal nie stanowi mojej najmocniejszej strony. Włazimy na teren posterunku, gdzie Ariel już przymierza się do kontynuacji poczęstunku daktylami. JEEEB!!! Nie chcąc przedłużać procedur, jak nie pierdolnę paszportem o ladę budki granicznej, tak baba w środku aż podskakuje na stołku przerażona.
– WHAT ARE YOU DOING?! ARE YOU DRUNK?! – tym razem dla odmiany wydziera się na nas izraelska celniczka.
– Yesss, I am – ze stoickim spokojem potwierdzam jej przypuszczenia.
Kobieta pospiesznie drukuje blankieciki wjazdowe.
– Get out, get out! – pogania nas machaniem ręki, najwidoczniej nie chcąc dłużej nas oglądać.

Witamy w Izraelu. Nie ma opcji, żebyśmy szli w tym stanie spać do namiotu, choćby nam do niego dopłacali. Łapię miejskie Wi-Fi, które w Eilacie funkcjonuje nawet na najgorszym zadupiu. Booking.com, polecana pozycja Rich & Luxury Apartments Eilat.
– Patrz Ariel, to będzie coś dla nas.
– Bierz.

Dodaj komentarz