Halo, w tym kraju ktoś żyje?

Czołg w Tyraspolu

Co wyróżnia niezależny kraj? Hmm… Kilka rzeczy przychodzi do głowy. Wypadałoby, żeby taki kraj miał swoje strzeżone granice. Koniecznie także własne prawo, niepodlegające narzuconym z zewnątrz przepisom. Jeśli do tego dołożyć własną walutę, ludność odrębną kulturowo i językowo od swoich sąsiadów, to mamy całkiem praktyczny przepis na prawdziwy kraj. Teraz mała łamigłówka: ile z wyżej wymienionych warunków spełnia Naddniestrzańska Republika Mołdawska, a ile taka, na przykład, Austria? Dokładnie, odpowiedź brzmi „wszystkie vs. żadnego” i to nie na korzyść Austrii. Ktoś tam kiedyś jednak postanowił, że jedne państwa się uzna, a innych się nie uzna i już. Można nie rysować ich granic na mapach, nie rozmawiać z nimi, udawać, że narody je zamieszkujące nie istnieją i już oj tam, oj tam, nie wpierdalać się, bo myśmy tak uradzili i tak ma być.

Taki to los spotkał właśnie Naddniestrze – de facto jedno z bardziej suwerennych państw Europy – skansen nietknięty od czasów ZSRR. Po rozpadzie Związku Radzieckiego wszystkie republiki, łącznie z Rosją, postanowiły oddzielić się od przeszłości. Wszystkie, poza wąskim pasem ziemi wzdłuż Dniestru, wciśniętym pomiędzy Ukrainę i Mołdawię, zamieszkałym przez ruskich homo sovieticus. I tak sobie żyją jak gdyby nigdy nic, cofnięci do epoki zimnej wojny. No, ale właśnie – żyją…?

Tyraspol
Emblematy komuchów na głównej ulicy Tyraspola

Po jako tako bezalkoholowej nocy, jak na standardy tejże wyprawy, łapiemy ze Stasiem i Piotrkiem za jakieś 3 dychy srebrnego wana-taksówkę od jednego z dziesiątek szemranych naciągaczy w czarnych skórzanych kurtkach, krążących wokół jeszcze bardziej szemranej okolicy obesranego dworca autobusowego w Kiszyniowie. Kierujemy się powoli z powrotem w stronę Ukrainy, jednak wciąż przed nami creme de la creme całej wycieczki – przejazd przez nieuznawaną przez nikogo Republikę Naddniestrzańską. Z Kiszyniowa do Tyraspola – stolicy Republiki – droga zajmuje niecałe dwie godzinki, wliczając to kontrolę paszportową na jednostronnie uznawanej granicy. (BTW. to jedyny znany mi sposób, aby legalnie wyjechać z jakiegoś państwa, nie dostając pieczątki wyjazdowej – oczywiście spośród tych państw, które w ogóle pieczątki wbijają. Mołdawia przybijając taką pieczątkę, musiałaby uznać tym samym niepodległość Naddniestrza. Nad granicą naddniestrzańsko-ukraińską nie mają już kontroli).

Za samą granicą witają podróżnych ruskie czołgi, dzięki którym tak właściwie cały ten cyrk jeszcze istnieje. Po dojechaniu na główny plac Tyraspola i rozejrzeniu się, uważny obserwator dostrzeże… główny plac Tyraspola. I nic, jak okiem sięgnąć żywej duszy. Nie licząc starego Lenina, omiatającego wzrokiem z perspektywy wysokiego cokołu bezkresne arterie miasta, po których nic nie jeździ. Z każdej planszy, latarni, czy pomnika, sierpy i młoty przypominają nam, że czerwona zaraza w tym zapomnianym przez Boga kawałku świata nadal miewa się całkiem dobrze. Chodźmy zatem… gdzieś. Chuj wie gdzie, w sumie wszystko jedno. W tym miejscu i tak nie ma niczego ciekawszego od samego uczucia przebywania w nim.

Pomnik Lenina w Tyraspolu
Stary zbrodniarz pręży się dumnie nad swoim „dziełem”

Naprzeciwko Lenina rozciąga się dziwaczna „instalacja”, składająca się z pomnika ofiar wojny w Naddniestrzu, złocistej kopuły prawosławnej kapliczki i starego czołgu, będąca stałym punktem naddniestrzańskich plenerów turystyczno-fotograficznych. Po papierosowym postoju nieopodal, pozostaje nam zagłębić się w blokowiska, a i wypadałoby może co kupić, do jedzenia, na pamiątkę, czy takie tam. No i wypadałoby się stąd później także wydostać. Dymamy zatem główną ulicą, z zamiarem zapytania kogoś o marszrutkę w kierunku Odessy, wobec braku takowej informacji w necie. Ha, właśnie. Zapytamy. Kogo zapytasz, tego Lenina? Po pół godziny szlajania się bez większego sensu, wypatrujemy pierwszą zgarbioną, szaro-burą, ludzką postać, która dostrzegłszy nas… ucieka na drugą stronę ulicy. Ja pierdolę.

– Ej bez kitu, jakbym miał do wyboru rok na polskim kryminale albo rok tutaj, to ja już wolę polski kryminał – dość trafnie opisuje urok okolicy Stasiu.

Przy drugiej szansie nawiązania kontaktu z cywilizacją naddniestrzańską, mijana kobitka wykazuje na tyle odwagi, aby przed nami nie uciec i z lękiem w oczach wskazuje miejsce „gdzieś tam”, jako potencjalny kierunek odjazdu marszrutek. Chodźmy zatem gdzieś tam.

Po drodze do „gdzieś tam” próbujemy przetestować okoliczne bankomaty, bo czas już najwyższy przygarnąć jakieś naddniestrzańskie ruble. Jedna próba, druga, trzecia, psu w dupę – nie działają normalne karty bankomatowe. Trzeba mieć ichniejszą. No kurwa geniusze, przyjechali bez gotówki do kraju bez bankomatów. Jednym z bardziej kolorowych punktów tej szarej krainy jest bank, gdzie postanawiamy zapytać kobitki, co w takiej sytuacji począć. Całkiem niebrzydka pani, wskazuje nam jedyny bankomat w mieście, mający dostęp do cywilizowanej sieci bankowej, obdarzając nas przy okazji jedynym uśmiechem, jaki spłynął na nas podczas całej obecności w smutnym jak pizda Naddniestrzu. Wypłacać można tylko ruskie ruble, które później wymienia się na miejscowe w kantorze. Piotrek, jako osoba posiadająca jakiś zasób finansowy na koncie, podejmuje się wyzwania.

– Ile to jest? – patrzymy na wyświetlacz pełny cyferek, które nic nam nie mówią.
– Chuj wie, kliknij to – ktoś sugeruje wyglądającą rozsądnie liczbę.

Wypłata, kantor, my ze Stasiem jaramy na dworze w oczekiwaniu na worek siana.

– Kurwa, wiecie ile to było? – ze słów Piotrka można wywnioskować, że chyba czeka nas zaraz powtórka całej operacji.

Wypłacone kilka złotych okazuje się zbliżone wartością do prowizji, którą trzeba było zapłacić.

Powtórzywszy cały proces ruszamy na naddniestrzański shopping, o ile znajdzie się tu jaki czynny sklep. O dziwo po kilkuset metrach marszu ulicą Lenina, na której każda witryna wygląda na zamkniętą jakoś tak za Chruszczowa, napotykamy na niewielki narożny sklepik z wystawionymi przy oknie poblakłymi od słońca magnesami i pocztówkami. Znać, że turystów musi tu zjeżdżać cała masa, że wszystko zdążyło stracić kolor, zanim ktoś to kupił. Co jeszcze dziwniejsze, wewnątrz za ladą przemyka żywa baba, u której można owe cuda nabyć. Co jak co, ale z takiego dziwacznego tworu na mapie świata jak Naddniestrze, nie wypada wrócić bez żadnej pamiątki. Za kilka magnesów i pocztówek wychodzi 11 rubli. Piotrek daje kobicie 20-rublowy banknot, na co tamta wykłada na ladę… trzy żetony z chipsów. Co to kurwa jest? Patrzymy to na siebie, to na babę zakłopotani.

– Ruble. Trzy razy po trzy ruble, dziewięć rubli reszty – tłumaczy ekspedientka, pokazując napis na jednym z żetonów.

No nie pierdol! Ale jaja, to na serio są pieniądze! Ha, czegoś takiego to jak żyję nie widziałem. Wydana reszta okazuje się 100 razy lepszą pamiątką niż całe te magnesy.

Ruble naddniestrzańskie
Trzy ruble naddniestrzańskie. Heca o wiele cenniejsza niż ich nominalna wartość

Pośmiali, pozwiedzali, czas uciekać z tego zadupia, bo nawet jakbyśmy mieli przemożną ochotę zostać tam dłużej, a tak się dziwnie składa, że mamy dokładnie przeciwną, to nie pozwalają nam na to przepisy imigracyjne, wedle których przysługuje nam 7 godzin na tranzyt na Ukrainę. Darujemy sobie zatem żarcie bardziej zaawansowane niż batoniki ze sklepu, bo i nie ma gdzie ani za co go kupić. Wracamy na szlak w kierunku „gdzieś tam”, czyli jakiegokolwiek dworca, czy czegoś w tym rodzaju. Dworzec kolejowy znaleźć nie jest specjalnie trudno, lecz problem z nim występuje na innym podłożu. Otóż prawie nie ma tam pociągów – te zaś, które tam od czasu do czasu zabłądzą, przyjadą już po terminie ważności naszych przepustek tranzytowych, są drogie i nie bardzo idzie nimi dojechać w jakieś sensowne miejsce. Szkoda, jako miłośnik kolei od początku chciałem się przejechać mołdawskim pociągiem. No trudno, póki co zmuszeni jesteśmy wydostać się innym sposobem.

Parking przy dworcu wygląda na podzielony na jakby miejsca postojowe dla autobusów, co mogłoby nawet być logiczne. W tym kraju jednak logika nie jest jedną z tych rzeczy, na których można by specjalnie polegać, toteż oczywiście żaden autobus stąd nie odjeżdża. Na szczęście w okolicy pałęta się przypadkowy chłop, który tłumaczy nam gdzie szukać marszrutek. A szukać ich należy w kolejnym „gdzieś tam”, ale przynajmniej wiadomo, przy której ulicy. W towarzystwie zmroku, zapadającego z wolna i odzierającego z resztek jakichkolwiek kolorów ten przygnębiający, poradziecki moloch mijamy jeszcze Dom Sowietów i docieramy do jakiegoś szarego kwadraciaka z odpadającym tynkiem i błotem po kostki na podjeździe, pod którym stoi kilka busów z opartymi obok, niedomytymi chłopami z kiepem w ryju – kierowcami.

– Jedzie któryś do Odessy? – zarzucamy pytanie w kierunku towarzystwa.
– Ja jadę – rzuca tłustowłosy gbur w czarnej kurtce.
– A kiedy?
– Niedługo.

Dom Sowietów w Tyraspolu
Dom Sowietów z kolejną mordą Lenina

Dodaj komentarz